Ministerstwo Finansów proponuje finalizację nowego rozwiązania dla prowadzenia ewidencji sprzedaży w postaci kas fiskalnych w postaci oprogramowania. Softwarowe kasy mają zachęcić przedsiębiorców do wyjścia z szarej strefy. Rozwiązanie jest forsowane przez resort pomimo druzgoczącej krytyki, zarówno ze strony przedsiębiorców, ekspertów jak i opiniujących eksperyment fiskalny instytucji państwowych.

 

Kasy fiskalne zainstalowane poprzez aplikacje na np. na telefonach z androidem poprzez Google Play lub inne źródło miałyby pilotażowo funkcjonować już od 1 czerwca tego roku, a testowałyby je firmy z branż: transportowej, hotelarskiej, gastronomicznej czy sprzedające węgiel.

 

Kasy wirtualne to nic innego jak zwykłe aplikacje, które można będzie zainstalować na swoim telefonie czy tablecie – każdym urządzeniu. Jeśli tak się stanie, to za chwilę w App Store czy Google Play, czy w innym miejscach w sieci staną się dostępne różne inne wynalazki np. aplikacje cofające <<licznik>> nabity na takiej wirtualnej kasie. Ta kasa wirtualna będzie instalowana na zupełnie przypadkowych urządzeniach. Będzie mogła być odłączona w związku z tym od internetu a w trybie offline już zrobić będzie można z nią wszystko bez kontroli

 

– przestrzega dr Marian Szołucha, ekonomista.

 

Przed pospiesznym wprowadzaniem takich rozwiązań ostrzegał także m.in. prof. Witold Modzelewski, ale też całe instytucje, jak np. Główny Urząd Miar, który w swojej opinii krytycznej zbił argument resortu oparty na prognozach zwiększonej ściągalności fiskalnej w państwach, które zastosowały podobne rozwiązanie.

 

W przytoczonych krajach przed wprowadzeniem kas software’owych nie funkcjonowało wymaganie stosowania jakichkolwiek certyfikowanych kas rejestrujących, a co za tym idzie – stosowane w sklepach urządzenia kasowe nie miały określonych wymagań, a ich cechy funkcjonalne odzwierciedlały przede wszystkim oczekiwania użytkowników, nie zaś interesy fiskalne państwa. Z tych względów wydaje się, że poprawa ściągalności podatku we wskazanych krajach wynikła nie tyle z wprowadzenia kas software’owych, ile z wprowadzenia jakichkolwiek wymagań prawnych dla urządzeń lub systemów rejestracji sprzedaży i podatku należnego

 

– można przeczytać w opinii Głównego Urzędu Miar.

 

Uporczywie wdrażany projekt przez Ministerstwo Finansów spotkał się nawet z krytyką zazwyczaj przychylnych rządowi mediów konserwatywnych.

 

Projekt rozporządzenia ministra finansów wprowadzającego tzw. wirtualne kasy fiskalne od początku budzi sporo wątpliwości. Podczas konsultacji kilka resortów wskazało na istnienie potencjalnych luk, które mogą być wykorzystane przez oszustów podatkowych. Chodzi m.in. o brak certyfikacji oprogramowania i urządzeń , a także uniemożliwienie kontroli w czasie rzeczywistym ze względu na pracę kas w trybie offline. Dlatego projekt pilotażowy miał objąć tylko branżę transportową. Jednak niespodziewanie w rozporządzeniu pojawiła się zmiana rozszerzająca go także o branże hotelarską i gastronomiczną. To o tyle zaskakujące, że sektor ten uznawany jest przez Krajową Administrację Skarbową za „wrażliwy” ze względu na podwyższone ryzyko występowania w nim oszustw podatkowych. Przypadek?

 

– pyta dziennikarz śledczy Piotr Nisztor w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”.

 

Dlaczego kasy w postaci oprogramowania, które będą łatwe do obejścia przez hackerów, niestabilne ze względu na formę „apkową”, krytykowane gremialnie przez instytucje, przedsiębiorców i ekspertów są tak usilnie wdrażane? Czy chodzi o interes podmiotów szarej strefy czy może zagranicznych firm? Na zapewnienie o walorach kas softwarowych młodego wiceministra finansów dr Marian Szołucha odpowiedział na Twitterze jednym, wymownym zdaniem: „Pan ma stać na straży budżetu i polskiej gospodarki, a nie zagranicznych producentów kas i ich lobbystów”.

 

Kurtyna…

 

Maria Klamecka

fot. Pixabay

O tym, że krakowska grupa Control Process (CP) miała doprowadzić do zagrożenia utraty dotacji m.in. dla jarocińskich wodociągów media lokalne informowały już w połowie grudnia 2019 r. Poza Jarocinem pokrzywdzone przez krakowską firmę budowlaną czują się dwie inne gminy – Koło i Łowicz. Mowa o utracie środków z budżetu unijnego „Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko 2014–2020” (POIŚ), jednego z najbogatszych funduszy unijnych (4,1 mld zł).

 

Jak ustalili dziennikarze, dwa samorządy (Koło i Łowicz) przyłączyły się do zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez krakowską firmę złożonego przez gminę Jarocin w Prokuraturze Regionalnej w Łodzi pod koniec marca. Z zawiadomienia liczącego 700 stron, do którego dotarła „Gazeta Polska” wynika, że firma mogła nieuczciwie wygrywać przetargi, oferować usługi przez spółki-córki i ich podwykonawców, z góry nie zakładając realizacji projektów przewidzianych w specyfikacjach przetargowych.

 

Sprawę próbował prześwietlić znany dziennikarz śledczy, Piotr Nisztor, który swoje ustalenia opublikował 13 maja w tygodniku „Gazeta Polska”.

 

„Z ustaleń „GP” wynika, że zawiadomienie dotyczy wątpliwości wokół działań krakowskiej grupy Control Process (CP),specjalizującej się w realizacji inwestycji budowlanych. Obejmuje trzy finansowane z PIOŚ inwestycje nie tylko na terenie gminy Jarocin, ale także Łowicz i Koło (obydwa samorządy dołączyły się do zawiadomienia jarocińskiego PWiK). Każda dotyczyła modernizacji lub przebudowy lokalnej oczyszczalni ścieków. Jednak żadna z nich nie została zrealizowana. Gminy walczą teraz zarówno o ich wykonanie, jaki zachowanie przyznanych im unijnych środków. Jeśli inwestycje nie powstaną w terminie, wówczas gminy mogą stracić ponad 150 mln zł otrzymanych w ramach PIOŚ (koszt całości to około 250 mln zł)”

 

– czytamy w artykule Nisztora „Miliony mogą popłynąć ze ściekiem”.

 

W zawiadomieniu gminy Jarocin, które analizowane jest obecnie przez łódzką prokuraturę pod kątem podjęcia decyzji o wszczęciu śledztwa znajduje się wywód ukazujący sposób działania krakowskiej firmy, która we wszystkich trzech gminach miała zastosować tę samą taktykę przetargową pomimo wiedzy o niemożności realizacji kontraktów. Dlatego zarzucono jej przestępstwo i działanie w zorganizowanej grupie złożonej ze współpracujących ze sobą spółek, firm, podmiotów zależnych.

 

W przypadku Jarocina mowa o wygranym przetargu w 2018 r. na modernizację oczyszczalni ścieków w Cielczy koło Jarocina na kwotę 115 mln zł. Inwestycja nie została zakończona, a CP uzyskała już kwotę 17 mln zł zleceniodawcy.

 

„Modus operandi działania grupy CP polega na stawaniu do przetargów poprzez nowe puste spółki składające zapewnienia, że wykonają inwestycję poprzez podwykonawców. Dzięki temu zabiegowi kwalifikują się do postępowania.Następnie – już po podpisaniu kontraktu – podwykonawcy nie pojawiają się na placu budowy, roboty stoją, a grupa CP gnębi zamawiającego rozszerzeniem zakresu prac, koniecznością wykonania dodatkowych robót, jednocześnie podważając dokumentację przetargową, do czego mieli pełne prawo podczas trwającego postępowania”

 

– mówi cytowany przez „Gazetę Polską” Remigiusz Nowojewski, prezes PWiK w Jarocinie.

 

Zdaniem Nowojewskiego z jarocińskich wodociągów „CP chodzi o wyciągnięcie jak największych pieniędzy od zamawiającego i wydłużanie w nieskończoność realizacji kontraktu”.

 

W toku ewentualnego prokuratorskiego śledztwa wzięty pod uwagę ma być także wątek fałszywych referencji.

 

„Z zawiadomienia, do którego dotarła „GP”,wynika również, że zarząd grupy CP przy realizacji kontraktu z jarocińskim PWiK mógł dopuścić się poświadczenia nieprawdy. Po wygranym przetargu i zawarciu umowy zmienili m.in. głównego projektanta.Wskazano, że owa osoba posiada doświadczenie związane z realizacją istotnych projektów dla firm z branży wodociągowo-kanalizacyjnych, m.in. z Chorwacji i Rumunii. Dowodem na to było złożone w PWiK oświadczenie wiceprezesa CP. Samorządowe przedsiębiorstwo, jak wynika z zawiadomienia, prześwietliło złożone referencje. Okazało się, że wskazane podmioty albo nie znały osoby wskazanej jako głównego projektanta jarocińskiej inwestycji, albo
osoba ta nie realizowała żadnych projektów wskazanych w złożonym oświadczeniu”

 

– czytamy w artykule Nisztora w „GP”.

 

Poza „zawaloną” inwestycją pod Jarocinem, prokuratura zbadać ma sprawę kontraktu z CP na przebudowę i modernizację oczyszczalni ścieków dla aglomeracji Koło (wartość 50 mln zł) i przetargu na realizację projektu modernizacji oczyszczalni ścieków w Łowiczu (74 mln zł).

 

Zdaniem „GP” firma Control Process pomimo potwierdzenia przyjęcia pytań wysłanych w trybie dziennikarskim nie zechciała się do nich w żaden sposób odnieść.

 

 

 

 

 

 

 

Aktywiści organizacji prozwierzęcych bez przeszkód zabierają rolnikom konie, krowy czy świnie. W wielu przypadkach trudno znaleźć podstawy do takiego działania. Po za jednym. To dobry biznes dla tak zwanych miłośników praw zwierząt. Przedstawiamy historię rolnika, który przez dwa lata walczył o odzyskanie inwentarza, a w tym czasie ekolodzy wystawili mu rachunek na 300 tys. zł za ich przechowanie… – czytamy na stronie TVP w opisie wyemitowanego 5 maja programu „Alarm”, w którym ujawniono dramatyczny los zwierząt po tym, jak leciwemu rolnikowi zabrało je kontrowersyjne stowarzyszenie Straż dla Zwierząt.

Obejrzyj cały materiał: KLIKNIJ I OGLĄDAJ!

„Program „Alarm” ujawnił, że część zwierząt zginęła, wiele zdechło, a inspektor weterynaryjny przyznał, że gdyby zostały u rolnika, prawdopodobnie większość by żyła nadal, a śmiertelność pod „opieką” Straży dla Zwierząt jest niebywała. Co ciekawe, organizacja miała słono policzyć sobie za wyżywienie zwierząt, łącznie z takimi, których nie zabierała…”

– czytamy w serwisie wSwiecie24.pl

„Strzeż nas Boże przed takimi obrońcami zwierząt! Uważajcie, komu przekazujecie 1 procent! W programie „Alarm” pokazano jak wygląda los ratowanych zwierząt. Według mnie najbardziej prawdopodobne jest to, że mechanizm jest prosty u wielu organizacji pseudoprozwierzęcych. Zabranie świń i krów czy koni rolnikowi i chwilę później rzeźnia, zysk, a zwierzęta trafiają do parówek i kebabów. Takim organizacjom tysiące Polaków empatycznych, lecz łatwowiernych przekazuje swoje pieniądze”

– mówi Piotr Kłosiński, prezes Polskiego Porozumienia Kynologicznego, które jest członkiem międzynarodowej World Kennel Union.

 

Na pytania dziennikarskie dotyczące działalności prezesa Straży Dla Zwierząt, Mateusza Jandy, jego zastępca, Andrzej Kucharski do dzisiaj nie odpowiedział. Pytania przytaczamy w całości:

  1. Czy w 2018 roku Związek Kynologiczny w Polsce rozwiązał wszystkie umowy o współpracy ze stowarzyszeniem Straż dla Zwierząt i dlaczego stracił zaufanie do Straży?
  2. Czy tytułujący się komendantem Straży dla Zwierząt Mateusz Janda wielokrotnie proponował podpisanie umów o współpracy Straży z Polskim Porozumieniem Kynologicznym?
  3. Czy to prawda, że komendant Straży dla Zwierząt Mateusz Janda z wykształcenia jest ślusarzem, a jeśli tak, jakie inne fakultety, szkoły, studia ukończył, dające podstawy do oceny stanu zdrowia zwierząt przy ich odbieraniu hodowcom i rolnikom?
  4. Czy komendant Straży dla Zwierząt został wyproszony w 2019 roku ze spotkania założycielskiego Komitetu Obrony Polskiego Rolnictwa i Hodowców Zwierząt?
  5. Czy Straż dla Zwierząt pobierała opłaty za szkolenia hodowców psów rasowych i czy na tego typu szkoleniach komendant Straży mówił o konieczności zmian w Ustawie o ochronie zwierząt, a konkretnie zapisu art. 7 ust. 3 dających możliwość interwencji organizacji prozwierzęcych w celu zabierania zwierząt ich posiadaczom przed wydaniem stosownych decyzji administracyjnych przez władze samorządowe?
  6. Jaką sumę pieniędzy uzbierała Straż dla Zwierząt z tytułu przeprowadzonych szkoleń dla hodowców psów rasowych?
  7. W Internecie w Mediach Społecznościowych pojawiły się wpisy sugerujące tendencje zoofilskie komendanta Straży dla Zwierząt, a także jego zdjęcia (m.in. na jednym półnagi śpi z kurą, na innym leży z kozą) oraz zdjęcia kopulujących psów, które fotografować miał komendant SdZ. Czy Straż zamierza odnieść się do tych informacji i je zdementować?

„Do znudzenia przypominam, przekazujmy 1 proc. i darowizny, najlepiej z postaci karmy, a nie pieniędzy, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsza jest wiedza, czy naprawdę znamy organizację, której pomagamy, czy też znamy ją tylko ze wzruszających wpisów i zdjęć publikowanych w Internecie. Pomagajmy organizacjom lokalnym, które znamy”

– dodaje Maria Sowińska, prezes stowarzyszenia Pokrzywdzeni przez System i wieloletni opiekun bezdomnych zwierząt.

 

 

 

Walczymy z hipokrytami, biznesmenami, bezdusznymi kartelami, które zarabiają na manipulacji, kłamstwie, fałszywych zrzutkach, kradzieżach nazywanych interwencjami i których prozwierzęce biznesy dzięki sile mediów, zwłaszcza internetowych, są coraz częściej poza prawem – mówi Piotr Kłosiński, prezes Polskiego Porozumienia Kynologicznego, które wchodzi w skład międzynarodowej World Kennel Union.

Organizacje prozwierzece zarzucają ministrowi rolnictwa planowanie zamachu na ustawę, która zezwala im na ratowanie maltretowanych zwierząt. Najczęściej są to psy.

 

Setki organizacji prozwierzęcych działają dla zwierząt i będą działać nadal. Buntują się tylko ci, którzy doskonale wiedzą, że medialne ratowanie zwierząt to kasa, biznes, napompowane zrzutki, ograbianie samorządu na kontrowersyjne faktury; interwencje, które są kradzieżami rasowych psów i wykorzystywanie kalekich zwierząt do wyciskania fotografiami łez i pieniędzy od naiwnych Polaków. To także biznes w korelacji z zaprzyjaźnionymi weterynarzami i schroniskami, a ostatnio także prowizje od kilku producentów karmy dla zwierząt, bo zwróćcie uwagę, że część organizacji dla umierających rzekomo z głodu psów zbiera pieniądze nie na karmę, ale na konkretną karmę firmy X.Y. Minister Ardanowski powiedział wprost, zwierzętom trzeba pomagać, ale nie poprzez samowole czynione bez policji i inspekcji weterynaryjnej czy bez wiedzy sanepidu, jakieś samozwańcze interwencje i to także w rodzinach objętych kwarantanną, co niedawno miało miejsce.

 

I chyba się nie uda. Zapis o zakazie interwencji podczas pandemii bez odpowiednich służb został zaproponowany do tarczy antykryzysowej, ale do niej nie wszedł.

 

Oczywiście, animalsi wiedzą, że są wybory i teraz muszą krzyczeć. Są skuteczni. Z drugiej strony, rolnicy i hodowcy zwierząt mają dosyć ich działalności, często aktywności zwyczajnych przestępców, za jakich sąd uznał niedawno Grzegorza B., byłego prezesa Pogotowia dla Zwierząt, które to stowarzyszenie pomimo zdelegalizowania, nadal działa i nadal zabiera ludziom zwierzęta, organizuje zbiórki. Straż dla Zwierząt? Ciężko się doliczyć uratowanych przez nich zwierząt, za to rolnicy, którym zabrano inwentarz do dzisiaj nie mogą dojść do siebie. Wegetariańska Fundacja Viva! też ma nad czym myśleć. W dobie koronawirusa, kiedy Polacy masowo ruszyli do sklepów, na półkach zostały tylko produkty vege premium i mrożonka pizzy hawajskiej… Zresztą, oni sami zaczynają się kanibalizować. Niedawno Dolnośląski Inspektorat ds. Zwierząt, który przebiera się w mundurki, udając służby państwowe, zabrał obrończyni zwierząt ze znanej fundacji prozwierzęcej psa, bo ten miał być maltretowany brakiem jakiegokolwiek dobrostanu. Pani Katarzynie z Wojnowic, której psy chciał zabrać diler narkotykowy, Jakub Sz., udało się uniknąć nalotu, bo media opublikowały naradę przestępcy z weterynarzem (nagranie telefoniczne, które wypłynęło do do prasy). A później psy i tak znalazły się w OTOZ Animals, a obecnie przynajmniej jednego z nich jest u skazanego za dilowanie narkotykami Sz., który był także aktywistą zdelegalizowanego za kradzieże zwierząt Pogotowia dla Zwierząt. Pamiętajmy jednak, takie akcje to medialne show, zrzutki, 1 proc., pieniądze, dlatego blady strach padł na pseudoanimalsów, kiedy minister Ardanowski powiedział, że należy się przyjrzeć niektórym „przyjaciołom” zwierząt.

 

Polskie Porozumienie Kynologiczne podpisało list poparcia dla ministra.

 

Poparliśmy działania ministra Ardanowskiego w zakresie walki z kartelem prozwierzęcym. Poza nami kilkadziesiąt organizacji hodowców psów i kotów, a także organizacje hodowców zwierząt gospodarskich. Chcielibyśmy, aby wspierać organizacje działające na rzecz zwierząt, a nie zarabiania milionów na zwierzętach.

 

Ostatnio o Polskim Porozumieniu Kynologicznym wspomniała nawet Fundacja Batorego. Jesteście na celowniku?

 

W analizie Fundacji Batorego w zeszłym roku miały mieć miejsce trzy najważniejsze wydarzenia zwalczające ekoterroryzm, pod którą to nazwą rozumiemy demaskowanie prawdy nie tylko o ekstremistach prośrodowiskowych, ale też prozwierzęcych. Poza filmem „Mięsożerca” i wydaniem „Świata Rolnika BIZNES” poświęconego ekoterroryzmowi, za kluczową uznano zorganizowaną przez nas konferencję w Częstochowie. Oczywiście, w optyce fundacji ekoterroryzm to ujęcie polityczne, a my rzekomo walcząc z ekoterroryzmem głosimy walkę z neomarksizmem, o czym się dowiedziałem dopiero z tej analizy. De facto, głosimy walkę jedynie z hipokrytami, biznesmenami, bezdusznymi kartelami, które zarabiają na manipulacji, kłamstwie, fałszywych zrzutkach, kradzieżach nazywanych interwencjami i których prozwierzęce biznesy dzięki sile mediów, zwłaszcza internetowych, są coraz częściej poza prawem.

Samorząd Jarocina, NFOŚiGW, a zwłaszcza realizatorzy dzieła z Przedsiębiorstwem Wodociągów i Kanalizacji w Jarocinie mają się czym pochwalić. Najpierw w 2017 r. uzyskali dofinansowanie na projekt warty grubo ponad ćwierć miliona złotych, następnie w 2018 r. za ten sam projekt gospodarki wodno-ściekowe Jarocin otrzymał prestiżową nagrodą podczas międzynarodowej konferencji Wex Global 2018, która odbyła się w Lizbonie.  Wówczas burmistrz Jarocina, Adam Pawlicki, mógł chwalić się, że jarocińska inwestycja wyprzedziła Bank Światowy i Barcelonę. Obecnie udało się ukończyć kolejne etapy inwestycji, której rozmach zadziwia, a innowacyjność zapewne zachęci inne samorządy do sięgnięcia po niebywałe środki nawet jak na praktykę zasobnego Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

 

 

Remigiusz Nowojewski, prezes zarządu Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji Sp. z o.o. w Jarocinie, opowiedział o inwestycji w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”.

 

„Zagospodarowanie osadów ściekowych to problem niemal każdej oczyszczalni, dlatego szukaliśmy sposobu, aby jak najefektywniej wykorzystać ten materiał, który dzisiaj jest kłopotliwym  odpadem,  ale  przetworzony może stanowić poszukiwany produkt”

 

– powiedział Nowojewski.

 

Poza samą inwestycją, sam wątek pozyskiwania „poszukiwanego produktu” jest inspirujący dla wielu innych samorządów. Sprawę przybliżył prezes PWiK w Jarocienie.

 

„Fosfor jest rzadko występującym i poszukiwanym surowcem, możliwości jego pozyskiwania są bardzo ograniczone, a tym-czasem jest go bardzo dużo w ściekach”

 

– mówił Remigiusz Nowojewski.

 

„W naszym projekcie przewidujemy odzyskiwanie go dzięki innowacyjnej technologii pochodzenia kanadyjskiego pozwalającej na wytrącanie z osadów fosforu i azotu. W efekcie powstaje produkt będący jakby naturalnym nawozem w rodzaju popularnej „azofoski”, pozyskanym nie na drodze syntezy chemicznej”

 

– tłumaczył prezes jarocińskich wodociągów.

 

Inwestycja, o której mowa opisana została m.in. na łamach „Naszego Dziennika”:

 

„Otóż gmina o budżecie rzędu 200 mln zł rocznie i należąca do niej spółka wodociągowo-kanalizacyjna o przychodach 30 mln uzyskały możliwość realizacji projektu o wartości prawie300 mln zł. W ramach konkursu ogłoszonego przez NFOŚiGW było to drugie pod względem wartości unijne dofinansowanie. Dzięki prekursorskim rozwiązaniom  z  zakresu ochrony środowiska Jarocin uplasował się tuż za Katowicami, co przy porównaniu wielkości tej śląskiej aglomeracji z niewielką wielkopolską gminą musi  budzić  respekt. Otrzymała ona bezzwrotną unijną dotację w wysokości po aktualizacji ok. 136 mln zł, zaś cały projekt zamyka się w kwocie ok. 277 mln. Dzięki preferencyjnej pożyczce z NFOŚiGW, aportowi ze strony  gminy Jarocin i wyemitowanym jeszcze w 2015 roku gminnym obligacjom cała inwestycja jest w pełni zbilansowana”

 

Sam projekt pisany był przez 7 miesięcy. Pracownicy NFOŚiGW stawiali jarocińskim ekspertom setki pytań. W końcu, udało się. Pomimo wielu elementów realizacji, a obecnie pandemii koronawirusa, projekt zakończy się ma nie dłużej niż rok po prognostycznym finale prac, czyli w 2023 r.

 

Piotr Strumieński

dziennikarz, publicysta

fot. PWiK w Jarocinie

„Art. 7 ust. 3 ustawy o ochronie zwierząt mówi, że „upoważniony przedstawiciel organizacji społecznej, której statutowym celem działania jest ochrona zwierząt” może odebrać zwierzę, a dopiero później niezwłocznie zawiadomić wójta, burmistrza czy prezydenta miasta” – przypomina Piotr Kłosiński, prezes Polskiego Porozumienia Kynologicznego, członka międzynarodowej organizacji kynologicznej World Kennel Union.

 

Kłosiński uzupełnia, że „Jest to prawo, które wykorzystują biznesmeni przebrani za przyjaciół zwierząt”.

 

 

„W zamyśle miał to być przepis dotyczący tylko drastycznych sytuacji zagrażających zdrowiu czy nawet życiu zwierząt, kiedy nie było możliwości podjęcia działań rutynowych, powiadomienia policji, powiatowego lekarza weterynarii, samorządu i innych służb państwowych jak np. sanepidu itd. To jednak stosowane jest nagminnie przez organizacje prozwierzęce, które uznały, że najłatwiej zabierać zwierzęta na patent „7 i 3″, czyli nieprecyzyjny zapis ustawy o ochronie zwierząt”

 

– dodaje Kłosiński.

 

DIOZ jest ponad prawem?

 

Do takiej sytuacji doszło ostatnio w Wałbrzychu, gdzie Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt pomimo epidemii koronawirusa zabrał zwierzęta z domu objętego kwarantanną, upublicznił wizerunek małoletnich mieszkańców domu oraz przeprowadził swoją interwencję bez powiadamiania jakichkolwiek służb, poza mediami i swoimi czytelnikami na Facebooku, gdzie już dwa dni przez swoją akcją DIOZ opisywał jakie ma zamiary.

 

IGR i PPK o interwencji DIOZ

 

Opinię w tej sprawie wysłał Policji Instytut Gospodarki Rolnej, który o ekspertyzę poprosił m.in. Piotra Kłosińskiego z Polskiego Porozumienia Kynologicznego.

 

„(…) bez wątpienia DIOZ nie mógł skorzystać z preferowanego przez część organizacji prozwierzęcych zapisu art 7 ust. 3 ustawy o ochronie zwierząt z dnia 21 sierpnia 1997 r., który mówi, że „W przypadkach niecierpiących zwłoki, gdy dalsze pozostawanie zwierzęcia u dotychczasowego właściciela lub opiekuna zagraża jego życiu lub zdrowiu, policjant, strażnik gminny lub upoważniony przedstawiciel organizacji społecznej, której statutowym celem działania jest ochrona zwierząt, odbiera mu zwierzę, zawiadamiając o tym niezwłocznie wójta (burmistrza, prezydenta miasta), celem podjęcia decyzji w przedmiocie odebrania zwierzęcia”(Dz. U. z 2020 r. poz. 638)”

 

– czytamy w Opinii IGR.

 

„Działania opisane w art. 7 ust. 3 w/w ustawy wymagają bezzwłoczności z powodu zagrożenia zdrowia lub życiu zwierzęcia/zwierząt, tymczasem DIOZ zwlekał z interwencją przynajmniej dwa dni, co czyni ją samozwańczą i w opinii Instytutu Gospodarki Rolnej, bezprawną. W tym czasie o sytuacji zwierząt powiadomiona winna być policja, a także Powiatowy Inspektorat Weterynaryjny (jedna i druga instytucja pełni dyżury także w dni wolne od pracy)”

 

– napisał w swojej Opinii dla Policji IGR.

 

„IGR poprosił także o opinię Piotra Kłosińskiego, prezesa Polskiego Porozumienia Kynologicznego (dalej: PPK), które jest członkiem międzynarodowej World Kennel Union. W przesłanej nam opinii wskazano, że „Przypadek rodziny z Wałbrzycha, abstrahując od dobrostanu zwierząt, co powinno być przedmiotem analizy weterynaryjnej powołanych przez państwo do tego typu czynności służb i biegłych, pokazuje, że omawiane w mediach działania Dolnośląskiego Inspektoratu Ochrony Zwierząt udowadniają, że Inspektorat za nic ma obowiązujące w Polsce prawo, a o jego działaniach jako ostatnia dowiaduje się policja i państwowi weterynarze, a pierwsi informowani są dziennikarze. Wydaje się, że w tym przypadku, kiedy celem ataku stają się małoletni, działania DIOZ powinny być poddane surowej analizie policyjno-prokuratorskiej, zwłaszcza, że rodzina z Wałbrzycha objęta była kwarantanną z powodu koronawirusa, a wizerunek małoletnich został – jak się wydaje – bezprawnie upubliczniony w mediach za sprawa DIOZ”. PPK dodaje, że „Część organizacji kynologicznych, w tym PPK, a także hodowców zwierząt gospodarskich, m.in. Polski Związek Hodowców i Producentów Bydła Mięsnego wyraziły opinię o konieczności zmiany nieprecyzyjnego art. 7 ust. 3 ustawy o ochronie zwierząt, a opinię tę – co relacjonowały z kolei media branżowe – podziela Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi (opinia wiceministra Jana Bielawskiego wysłana do Mariana Sikory, prezesa Federacji Branżowych Związków Producentów Rolnych)”

 

– czytamy wypowiedź kynologa w Opinii Instytutu.

 

IGR i PPK od lat napiętnują biznes niektórych organizacji prozwierzęcych. W dzień wysłania Opinii doszło do czwartego z rzędu podpalenia w gospodarstwach hodowlanych Szczepana Wójcika, założyciela IGR.

 

fot. DIOZ/PK – collage

 

 

Nie wszystkie organizacje prozwierzęce wzięły sobie obostrzenia rządowe na poważnie. Część uważa, że powinna dalej prowadzić działalność interwencyjną, a być może nawet szerszą, patrolując miasta w poszukiwaniu roznoszących koronawirusa…

 

„Tysiące psów i kotów w ciągu ostatniego roku zostały odebrane przez OTOZ Animals. W ciągu tylko 2019 roku wykonaliśmy ponad 6000 interwencji”

 

– informują na swoich stronach aktywiści z OTOZ Animals, relacjonując nieustannie w Internecie swoje interwencje przeprowadzane także w czasie pandemii w marcu tego roku.

 

Ta sama organizacja wraz z innymi domaga się od premiera Mateusza Morawieckiego, by przepisy izolacji społecznej nie dotyczyły aktywistów prozwierzecych.

 

„W związku z rozporządzeniem  ministra z dnia 24.03.2020 r. I nawiązaniem współpracy ze służbami z powiatu Sandomierskiego nasze patrole będą zatrzymywać osoby łamiące zasady rozporządzenia ministra w celu wylegitymowania i sporządzenia notatki o ukaranie do Sadu Rejonowego w Sandomierzu. Kary za złamanie zasad sięgają nawet do 5 tyś zł. Polecamy pozostać w domu i stosować się do wytycznych. Tu nie chodzi o to, aby ludzi ograniczyć, a o to aby wirus przestał się rozprzestrzeniać” (pisow. oryg. – dop. red.)

 

– poinformowała na swojej stronie Straż Ochrony i Ratownictwa Zwierząt w Polsce – PSPA.

 

„Animalsi często stawiają się ponad prawem. Patrolują ulice, przyznają sobie prawo do legitymowania ludzi przy tym nadają sobie nazwy imitujące służby, takie jak straż, pogotowie, komenda czy inspekcja”

 

– powiedział Piotr Kłosiński, prezes Polskiego Porozumienia Kynologicznego zrzeszonego w międzynarodowej World Kennel Union.

 

„To skandal. Mam nadzieję, że ktoś w końcu w państwie, a tym razem w Sandomierzu zacznie traktować pseudo przyjaciół zwierząt jak zagrożenie, które w czasach pandemii powinno się karać podwójnie”

 

– dodał Kłosiński.

 

Kto z urzędników i policjantów odpowiada za współpracę ze Strażą Ochrony i Ratowania Zwierząt w Polsce? Nie wiadomo, jednak oni sami chwalą się doskonałą współpracą zarówno z samorządem jak i policją, która miała być obecna podczas patrolowania ulic.

 

Co na to samo Stowarzyszenie? Na swoim profilu społecznościowym odpisało na zadane pytania o patrolowanie ulic w czasie pandemii i o podstawę prawną do legitymowania ludzi, że nie udzieli nam takich informacji, dopóki nie znajdzie czasu na lekturę jakiś bliżej nieokreślonych dokumentów. Chwilę po zadaniu naszych pytań, Stowarzyszenie zlikwidowało swoją stronę na Facebooku z wieloma kontrowersyjnymi wpisami. Część z nich została jednak zescreenowana.

 

Po ponownym wysłaniu pytań, emocjonalnie odniosła się do nich prezes organizacji, strasząc konsekwencjami prawnymi z powodu publikacji, która miałaby stawiać stowarzyszenie w złym świetle.

 

„Za rozpowszechnianie nie prawdy przez ludzi którzy nie umieją czytać i szukać informacji w internecie także są odpowiednie artykuły. Na prawdę mamy w nosie Państwa artykuły. Sprostowanie nasz zostało wysłane do wiadomości publicznej. Proszę zapoznać się również ze statutem oraz wpiszemy w KRS. Straż Ochrony I Ratownictwa Zwierząt w Polsce  to ratownictwo cywilne ludzi i ratownictwo zwierząt. Pełnimy służbę jako ochotnicza Straż Pożarna Grupa Poszukiwawczo Ratownicza. Na więcej pytań nie będę Panu odpowiadała. Jedyny organ który można nas sprawdzać i zadawać pytania to MSWiA pod które podlegamy” (pisow. oryg. – dop. red.)

 

– napisała w odpowiedzi Kinga Izabela Derlaga Skrzypczak, podpisując się jako Prezes Zarządu Głównego Straży.

 

„To nie jedyne stowarzyszenie prozwierzęce, które w czasach pandemii porusza się po całej Polsce. Wiele z nich robi dzisiaj interwencje, często na granicy prawa. Proszę zrozumieć, nierzadko jest tak, że stowarzyszenie czeka na donos, samo też generuje te donosy, najlepiej na drogie hodowle, potem zabiera zwierzęta, zazwyczaj drogie i z tego żyje. Koronawirus ukróciłby ten proceder, gdyby animalsi siedzieli w domu. Oni jednak uważają, że są ponad prawem, a ci z Sandomierza dodatkowo chyba uznali, że mają kompetencje policji państwowej”

 

– powiedziała Maria Sowińska, prezes Stowarzyszenia Pokrzywdzeni przez System i wieloletni opiekun bezdomnych zwierząt.

 

Po zebraniu materiału, prezes Stowarzyszenia skontaktowała się z autorem tekstu, udzielając jednak odpowiedzi, tłumacząc kontrowersyjne wpisy organizacji w Social Media:

 

„Post który pojawił się na Facebooku był postęp napisanym przez naszą wolontariuszke która w taki a nie inny sposób go zredagowała. Po zweryfikowaniu postu przez zarząd straży post został skasowany, na innej stronie została ta kwestia wyjaśniona za co przeprosiliśmy. Drugi post który został również napisany przez naszą wolontariuszke również został źle napisany i po jego sprawdzaniu został również skasowany. Wolontariuszka została o fakcie poinformowano a wraz z dniem dzisiejszym nie będzie już umieszczać postów na naszym fanpage na Facebooku. Wolontariuszka nasza jako jedyna osoba obsługiwała nas fanpage. Naraziła organizację na hejt za przedstawianie nieprawdziwych informacji. Nasza organizacja dopiero powstała, jesteśmy w trakcie całościowej organizacji inspektoratu do spraw ochrony zwierząt oraz utworzonej formacji ochotniczej straży pożarnej i przynależnej do niej grupy poszukiwawczo ratowniczej”

 

– napisała prezes Straży Ochrony i Ratownictwa Zwierząt w Polsce – PSPA.

 

Robert Wyrostkiewicz

Fot.: YouTube Magda Viva

„Prosimy o zalecenie Policji natychmiastowej reakcji i surowego karania wszelkich prób wdzierania się przedstawicieli organizacji (prozwierzęcych – dop. red.) na posesje i do mieszkań z powołaniem się na  ochronę zwierząt wymuszających ryzykowne kontakty, mogące skutkować utratą zdrowia a nawet życia ludzi i niweczeniem wysiłków mających na celu ograniczenie i wygaszenie epidemii” – napisali w liście otwartym do Premiera Mateusza Morawieckiego i Ministra Zdrowia Łukasza Szumowskiego przedstawiciele organizacji pozarządowych, Maria Sowińska, prezes Stowarzyszenia Pokrzywdzeni Przez System, Piotr Kłosiński, prezes Polskiego Porozumienia Kynologicznego, Zbigniew Zieliński, prezes Federacji Organizacji Kynologicznych oraz Polskiego Klubu Kynologicznego i Daniel Chmielewski z Komitetu Obrony Polskiego Rolnictwa i Hodowców Zwierząt.

 

List otwarty organizacji cytujemy w całości:

 

LIST OTWARTY

 

PILNE : W sprawie prawa do ratowania i ochrony zdrowia i życia właścicieli zwierząt i ich rodzin

 

Niniejszym w obliczu epidemii koronawirusa w imieniu organizacji ochrony zwierząt i praw właścicieli zwierząt oraz w imieniu właścicieli zwierząt i ich rodzin  zwracamy się o odrzucenie przez Rząd wszelkich prób dyskryminowania właścicieli zwierząt i ich rodzin w ich prawie do ratowania i ochrony zdrowia i życia.

 

W dniu 27 marca 2020 r  trzy organizacje pozarządowe mające w celach statutowych ochronę zwierząt wystosowały list otwarty do Pana Premiera oraz do Pana Ministra Zdrowia – zwracając się o „rozszerzenie katalogu osób i sytuacji w których można nie dotrzymywać warunków wynikających z rozporządzenia Ministra Zdrowia określające ograniczenia w przemieszczaniu się” i wyjęcie spod rygoru ograniczeń wolontariuszy  Jako uzasadnienie organizacje wskazały okoliczności, które  w żadnym przypadku nie stanowią uzasadnienia, dla zwolnienia wolontariuszy z rygorów , a  skutkowałoby narażeniem zdrowia i życia ludzkiego  oraz rozprzestrzenianiu się epidemii , a to:

 

1/ Organizacje twierdzą, że Rozporządzenie uniemożliwia dokarmianie bezdomnych zwierząt – co jest argumentem chybionym ponieważ karmiciele kotów wolno żyjących zazwyczaj pracują pojedynczo( czasem we dwie osoby), a więc spełniają wymóg nie przemieszczania w grupach ponad 2 osobowych, a ponadto mogą uzyskać od swojej gminy stosowane zaświadczenie

 

2/Organizacje twierdzą, że  ograniczenia w  Rozporządzeniu uniemożliwiają  wyjazdy „zespołów interwencyjnych” np. ratujących zwierzęta po wypadkach komunikacyjnych.

 

Jest to argument chybiony, ponieważ na podstawie art. 11 a ust 2 pkt 8 ustawy z dnia 21 sierpnia 1997 roku o ochronie zwierząt ( u.o.z) każda z gmin ma obowiązek zapewnienia „całodobowej opieki weterynaryjnej w przypadkach zdarzeń drogowych z udziałem zwierząt” – a więc do zwierzęcia po wypadku komunikacyjnym ma  się udać – tak jak dotychczas  –  lekarz weterynarii z którym gmina ma umowę, a nie  bliżej nie określony „zespół interwencyjny” nie mający ustawowego umocowania.

 

3/ Organizacje twierdzą, że ograniczenia z Rozporządzenia nie pozwolą na wyjazdy „zespołów interwencyjnych odbierających zwierzęta właścicielom za drastyczne znęcanie się nad nimi”.

 

Jest to argument całkowicie chybiony,  a nawet nakazujący wprost wydanie zakazu takich działań dla  przedstawicieli organizacji, gdyż w czasie epidemii koronawirusa, gdy istnieje  zakaz spotykania się nawet ze znajomymi, dopuszczanie do wchodzenia na posesje lub do mieszkań właścicieli zwierząt „zespołu interwencyjnego” organizacji pozarządowych  – czyli osób nieznanych co do stanu zdrowia i możliwych kontaktów z osobami zainfekowanymi – stanowiłoby  nieludzką dyskryminację właścicieli zwierząt i ich rodzin w ich prawie do ochrony i ratowania zdrowia i życia, a także niosłoby poważne ryzyko rozprzestrzeniania się epidemii.

 

Nadmienia się, że  sytuacji uzasadnionej – prawo odbioru zwierzęcia ma na podstawie art. 7 ust 3 u.oz. przede wszystkim Policja, której funkcjonariusze działający na podstawie stosownych procedur mogą wykonać działania z zakresu ochrony zwierząt nie narażając dobra najwyższego jakim jest życie ludzkie. Dlatego prosimy o zalecenie Policji natychmiastowej reakcji i surowego karania wszelkich prób wdzierania się przedstawicieli organizacji (prozwierzęcych – dop. red.) na posesje i do mieszkań z powołaniem się na  ochronę zwierząt wymuszających ryzykowne kontakty, mogące skutkować utratą zdrowia a nawet życia ludzi i niweczeniem wysiłków mających na celu ograniczenie i wygaszenie epidemii.

 

Maria Sowińska  – Prezes Stowarzyszenia Pokrzywdzeni Przez System

Piotr Kłosiński – Prezes Polskiego Porozumienia Kynologicznego

Zbigniew Zieliński -Prezes Federacji Organizacji Kynologicznych oraz Polskiego Klubu Kynologicznego

Daniel Chmielewski – Komitet  Obrony Polskiego Rolnictwa i Hodowców Zwierząt

 

Fot. – brytyjska organizacja prozwierzeca ALF

 

Czy Polska Grupa Medialna Rolników i Konsumentów może stać się spoiwem hodowców, rolników, przetwórców, a przede wszystkim konsumentów rolnictwa? Takie aspiracje ma Szczepan Wójcik, hodowca bydła i zwierząt futerkowych. Do tej pory jego projekty dały się we znaki części polityków i ekologów, zwłaszcza tych radykalnych. Wójcik zasłynął też stawaniem po stronie hodowców (zarówno zwierząt futerkowych, gospodarskich i towarzyszących), myśliwych, leśników czy inwestorów okradanych – jak twierdził – „przez mafię eko-haraczową”.

 

Imperium Wójcika – Polska Grupa Medialna Rolników i Konsumentów

 

Media, które stworzył Szczepan Wójcik, portale i telewizje wSensie.pl i SwiatRolnika.info oraz magazyn „Świat Rolnika BIZNES” wraz z zapleczem Social Media mają stanowić potencjał medialny Polskiej Grupy Medialnej Rolników i Konsumentów. W jej skład wchodzić mają także Fundacja Polska Ziemia, Instytut Gospodarki Rolnej czy spółka K45.

 

„Media to moja pasja. Chcę dotrzeć do jak największej rzeszy ludzi z moim przekazem”

 

– mówi w zeszłym roku Szczepan Wójcik w rozmowie z Dziennik.pl w artykule „Zablokował ustawę o zakazie hodowli zwierząt futerkowych. „Bym przestał walczyć, trzeba mnie zabić””

 

Po kilku podpaleniach jego ferm, o co podejrzewano ekstremistów ekologicznych, Wójcik nie odpuścił. W zeszłym roku brał udział w europejskich protestach rolników krzywdzonych przez tzw. europejski zielony ład, a dzisiaj zakłada organizację pn. Polska Grupa Medialna Rolników i Konsumentów.

 

PGMRiK – Polska Grupa Medialna tarczą dla rolnictwa

 

„Sześć lat temu zrealizowałem swoje pierwsze medialne marzenie. Powstał portal informacyjny SwiatRolnika.info z doskonałą telewizją rolniczą i konsumencką. Wszyscy mówili „to nie może się udać”. A jednak, to nie mogło się udać lepiej! A jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B. Najwyższy czas, by powstała Polska Grupa Medialna Rolników i Konsumentów!”

 

– pisze Wójcik  w swoim felietonie opublikowanym na SwiatRolnika.info

 

Inicjator powstania Polskiej Grupy Medialnej przypomina także swoje dotychczasowe osiągnięcia.

 

„Sukces „Świata Rolnika” zrodził następne media. Powstała doskonała telewizja i serwis wSensie.pl, a także całe social media, dzięki którym dotarliśmy bezpośrednio czy pośrednio do niemal wszystkich Polaków. Zbudowaliśmy w gronie ekspertów Fundację Polska Ziemia, której akcje społeczne tj.  #RespectUs, obiegły cały świat. Powołaliśmy do życia Instytut Gospodarki Rolnej. Jego eksperci w największych polskich mediach bronili producentów żywności i konsumentów zarówno przed obcym lobbingiem, jak i morderczymi dla polskiej gospodarki ideologizmami ekstremistów prośrodowiskowych i prozwierzecych, którzy omyłkowo nazywani są ekologami. Wychodziliśmy zawsze przed szereg, broniąc polskich rolników, polskiej gospodarki i praw polskich konsumentów. Będąc awangardą polskiego rolnictwa, doszliśmy do miejsca, w którym kończymy długi marsz i zaczynamy biec po swoje jako „Polska Grupa Medialna Rolników i Konsumentów”!”

 

– zapowiada twórca PGMRiK.

 

Szczepan Wójcik twierdzi, że koronawirus pokazał Polakom, że rolnictwo to nie odory, zanieczyszczanie środowiska, nękanie zwierząt, ale ciężka praca i bezpieczeństwo żywnościowe Polaków, które gwarantują jedynie krajowe, duże, towarowe ośrodki rolnicze. Taki przekaz stoi na antypodach ideologii radykalnych Zielonych, którzy bez wątpienia odnotują powstanie Polskiej Grupy Medialnej Rolników i Konsumentów.