11 lipca 2019 przypadała 76. rocznica krwawej niedzieli, apogeum ukraińskiego ludobójstwa na Polakach. We Wrocławiu rozwiązaną przez magistrat i policję manifestacji zorganizowanej przez Jacka Międlara i Romana Zielińskiego wzięło udział ok. 200 uczestników uczczenia ok. 200 tysięcy Polaków bestialsko zamordowanych przez UPA.

„Mowa była o tym, kim byli banderowcy; w jaki sposób mordowano Polaków; dlaczego ich mordowano oraz jaki stosunek do ludobójców ma dzisiaj państwo ukraińskie. Nic więcej. To wystarczyło, by za podszeptem Bartłomieja Ciążyńskiego z wrocławskiego magistratu manifestacja upamiętniająca pomordowanych Polaków została zdelegalizowana, a organizatorów, czyli Romana Zielińskiego i mnie (Jacka Międlara), posądzić o… mityczne „szerzenie mowy nienawiści”. Po przedłożeniu pisemnego uzasadnienia o rozwiązaniu manifestacji (poniżej), w którym m.in. mowa jest o tym, że prelegent szerzył nienawiść wspominając o święceniu siekier i toporów w greckokatolickich cerkwiach, a „banderowcy mają ukraińskie rodowody”, organizatorzy wystąpili w tej sprawie na drogę sądową”

– informuje Jacek Międlar z serwisu wPrawo.pl

7 listopada 2019 w Sądzie Okręgowym we Wrocławiu (Wydział Cywilny) odbyła się rozprawa, podczas której sędzia Dominika Romanowska rozpatrywała czy były podstawy, aby rozwiązać patriotyczne zgromadzenie.

„Czołem Wielkiej Polsce”. Termin „Wielka Polska” pojawia się przede wszystkim w dyskursie patriotyczno-nacjonalistycznym, przy okazji opisywania zarówno historycznych jak i domniemanych przyszłościowo granic. O ile posługiwanie się tą terminologią w kontekście wyłącznie historycznym może odnosić się do dawnych granic państwa, o tyle aktualnie, szczególnie w powiązaniu z innymi wypowiedziami o charakterze ksenofobicznym niewątpliwie może być utożsamiane z zamiarami ekspansywnymi i wrogimi w stosunku do innych państw, na których terenie obecnie znajdują się te domniemane i historyczne już granice”

– uzasadniała ksenofobiczne znaczenie słów pozdrowienia „Czołem wielkiej Polsce!” sędzia Dominika Romanowska.

Wielka Polska zawsze w środowisku ruchu narodowego (zarówno przed wojną jak i obecnie) oznaczała silną i suwerenną Polskę, wielką duchem, niezależną i wolną. Pozdrowieniem tym aktualnie witają się m.in. Wszechpolacy, którzy posiadają swoich przedstawicieli w Sejmie obecnej kadencji.

Pytanie do sędzi Romanowskiej, czy np. poseł Robert Winnicki wypowiadając słowa „Czołem Wielkiej Polsce!” popełnia przestępstwo, czy może retoryka pani sędzi jest rodem z czasów stalinowskich?

Robert Wyrostkiewicz

 

Czas, w którym zjednoczona prawica po wygranych wyborach negocjuje kształt nowego rządu, pokazał, że w obozie rządzącym rozmowy o tym, kto będzie odpowiadał za służby specjalne, rodzą duże napięcie. Gra idzie o przyszłą kontrolę stanu bezpieczeństwa państwa, a także osób, które mają sprawować władzę na różnych szczeblach administracji państwowej.

Przed nami zapowiadana reforma służb specjalnych, zakładającej połączenie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego z Agencją Wywiadu. Reforma wprowadza m.in. automatyczne cofnięcie poświadczeń bezpieczeństwa dostępu do informacji niejawnych wszystkich byłym tajnym współpracownikom SB i funkcjonariuszom SB. Dodatkowo jest jeszcze plan Mariusza Kamińskiego zakładający stworzenie Ministerstwa Bezpieczeństwa Narodowego. Pozwoliłoby to na lepszą koordynację wszystkich służb specjalnych w Polsce (w tym wojskowych). Takie zmiany, jak tłumaczą byli funkcjonariusze służb specjalnych, byłyby korzystne z punktu widzenia zintegrowanego przepływu informacji i przede wszystkim kierowania. Dziś minister koordynator nie posiada pełnego mandatu do operacyjnego kierowania podległymi służbami, a trudno, żeby robił to premier, który ma na głowie całe państwo.

 

O ile działania Centralnego Biura Antykorupcyjnego są medialnie nagłaśniane, o tyle działania Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego praktycznie przechodzą bez rozgłosu. To nie znaczy, że Agencja kierowana od 2015 roku przez prof. Piotra Pogonowskiego nie ma się czym pochwalić. Nie chodzi tu tylko o wzorową współpracę z instytucjami rządowymi. To z inicjatywy ABW, we współpracy z Kancelarią Prezydenta oraz Ministerstwem Obrony Narodowej, został zwołany w lipcu 2016 roku pierwszy w historii szczyt NATO w Polsce. Wtedy prezydent USA Barack Obama podkreślił, że NATO odpowiada za pełną obronę wszystkich członków sojuszu i musi to robić w każdej sytuacji. Wtedy też ABW zainicjowała nowe formy i poziomy współpracy międzynarodowej, otwierając Polsce drzwi na świecie, które do tej pory w pewnych obszarach były zamknięte.

 

W maju 2018 r. szef ABW prof. Pogonowski we współpracy z chorwacką służbą specjalną powołuje Centrum Prewencji Antyterrorystycznej w strukturach ABW. Najważniejszą jednak osobistą zasługą Pogonowskiego i całej ABW jest zwołanie w Polsce w 2019 r. Komitetu Bezpieczeństwa NATO z udziałem 50 państw, a przede wszystkim zwołanie również w tym roku w Belwederze posiedzenia „Central European Congress”, z udziałem służb specjalnych wszystkich krajów regionu i bezpośrednie upodmiotowienie Polski we współpracy służb specjalnych. Jak ważne dla Polski jest to wydarzenie, świadczy fakt, iż większość naszych rozmówców uznała to za największy sukces międzynarodowy od 2002 r., podkreślając, że można to porównać z odzyskaniem suwerenności społeczno-gospodarczej przez Polskę.

 

Z informacji podawanych do publicznej wiadomości przez rzecznika ministra koordynatora służb specjalnych Stanisława Żaryna można szacować, iż w latach 2016-2019 ABW znacząco zapewniła ochronę interesów ekonomicznych RP na co najmniej kilkanaście miliardów złotych, tylko poprzez likwidację licznych grup przestępczych zajmujących się wyłudzaniem podatku VAT. Inne potencjalne straty ekonomiczne, które zablokowała ABW, szacować można z pewnością na dziesiątki miliardów, gdyż trudno wycenić straty, do jakich mogło doprowadzić kilkudziesięciu szpiegów (głównie rosyjskich), którzy działali na terenie RP i zostali aresztowani. Trudno też wycenić osłonę cyberbezpieczeństwa, jaką zapewnia Polsce ABW. Szacuje się, że ABW blokuje co najmniej kilkaset ataków hakerskich dziennie na polskie instytucje i firmy.

 

Nic dziwnego, że dotychczasowa bardzo „szczelna” i profesjonalna praca ABW jest zagrożeniem nie tylko dla wielu nielegalnych interesów, ale też dla tych interesów międzynarodowych, które są wymierzone w Polskę. Próby zdobycia wpływu na ABW, w sytuacji, kiedy zatrzymywani i aresztowani przez Agencję są kolejni szpiedzy rosyjscy w Polsce, należy uznać za zagrożenie dla interesów państwa. ABW to ogromna wiedza i możliwości, do której część polityków z chęcią chciałoby mieć dostęp, również z obawy, czy w rozpracowywanych sprawach nie znajdują się także ich teczki, jeżeli brali udział w niejasnych i bezprawnych zdarzeniach.

 

Dlatego też nie może dziwić, że tak ogromne sukcesy ABW nie są medialnie nagłaśniane. Chodzi przede wszystkim o to, żeby o najważniejszych i objętych tajemnicą państwową sprawach wiedziały tylko najważniejsze organy państwa, a instytucja nie była durszlakiem, przez który do mediów wyciekają informacje z prowadzonych spraw, jak to często można było zauważyć w wypadku innych formacji specjalnych w Polsce.

Źródło: naszdziennik.pl

Fot. abw.gov.pl

Jedną z głównych ról w ostatnim ataku na Telewizję Polską oraz instytucje powiązane z rządem Prawa i Sprawiedliwości, odegrała zaprzyjaźniona z częścią konserwatywnych dziennikarzy aktywistka organizacji „Otwarte Klatki”. Mimo tego, że reprezentowane przez nią środowisko znane jest z promowania skrajnie lewicowych wartości, to wydaje się, że w tym przypadku wiara we wspólną misję „ochrony zwierząt” spełzła na niczym. Dauksza zaprzyjaźniła się z częścią publicystów z prawej strony, by po ponad roku zaatakować w „Newsweeku”: „Gazetę Polską”, TVP i rząd Jarosława Kaczyńskiego. Atak, który przypuściła aktywistka szkolona przez OKO.press i lewicową Fundację Reporterów był precyzyjny jak cięcie skalpelem dobrego chirurga. Pytanie tylko, czy informacje, które pozyskiwała, pochodziły wyłącznie z farmy trolli?

Pro zwierzęca „Mata Hari”

Julia Dauksza to działaczka Stowarzyszenia „Otwarte Klatki”. W listopadzie 2017 roku, na konta tego stowarzyszenia, wpłynęło prawie pół miliona dolarów z Fundacji Doliny Krzemowej (Silicon Valley Community Foundation). Organizacja jest zasilana setkami milionów dolarów z kieszeni gigantów t.j. Facebook czy WhatsApp. Aktywiści „Otwartych Klatek” zostali zobligowani do wydania przekazanych im pieniędzy na walkę z chowem klatkowym zwierząt w Polsce oraz rozwijaniem swoich struktur na Ukrainie (sic!).

Funkcja Julii Daukszy w kontrowersyjnej organizacji nie jest do końca jasna. Większość swojego czasu nie spędza ona bowiem na rozdawaniu ulotek, czy zbiórkach karmy dla psów, żyjących w schroniskach, lecz na specjalistycznych szkoleniach z dziedziny „białego wywiadu” oraz kursach, które w rzeczywistości służą rozwojowi umiejętności hakerskich, a także warsztatach dziennikarstwa śledczego – organizowanych cyklicznie przez lewicową Fundację Reporterów i portal OKO.press. We wrześniu ubiegłego roku kontrowersyjna aktywistka została uznana winną przestępstwa z Art. 193. KK. (przestępstwo przeciwko własności). Ostatecznie sąd umorzył postępowanie warunkowo. Julia Dauksza przez długi czas działała w ukryciu. Głośno zrobiło się o niej dopiero po publikacji „Newsweeka”, w której – razem ze swoim przyjacielem Wojciechem Cieślą – przeprowadziła atak na środowiska powiązane lub sympatyzujące z rządem Dobrej Zmiany.

Głównym zadaniem Daukszy w „Otwartych Klatkach” było lobbowanie oraz prowadzenie działań PR-owych i wizerunkowych w Internecie, mających doprowadzić do zmian w przepisach polskiego prawa. Chodziło przede wszystkim o słynną swojego czasu ustawę o ochronie zwierząt, która – gdyby weszła w życie – wzmocniłaby pozycję organizacji ekologicznych poprzez nadanie im dużych uprawnień kontrolnych. Najwięcej emocji wzbudził jednak zawarty w niej zapis zabezpieczający największym organizacjom pro zwierzęcym, stałe i w zasadzie niczym nieskrępowane wpływy z budżetów samorządów oraz skarbu państwa. Dauksza jest również podejrzewana o prowadzenie fikcyjnych kont na Twitterze t.j. @PanBurak1 – co jest tym bardziej kuriozalne, że jako współautor tekstu w „Newsweeku” oskarżała o podobne działania: Prawo i Sprawiedliwość, „Gazetę Polską”, TVP, Zakłady PZŁ Świdnik, oraz wiele innych polskich organizacji, firm i przedsiębiorstw.

Dauksza pochodzi z Wrocławia, ale bardzo często pojawia się w Warszawie. To właśnie obecność w centrali stowarzyszenia i bliskie relacje z Pawłem Rawickim zapewniły jej możliwość wspinaczki po szczeblach kariery w „Otwartych Klatkach”. Mimo swoich lewicowych poglądów, wyrażanych przez krytykę rządu Mateusza Morawickiego, poparcie udzielane czarnym marszom, legalizacji aborcji czy ideologii LGBT, od dłuższego czasu próbowała nawiązywać bliższe relacje z konserwatywnymi dziennikarzami. Ponad dwa lata temu udało jej się zaprzyjaźnić – z byłym publicystą Tygodnika „Wprost” i „Rzeczpospolitej” – Marcinem Dobskim. Z naszych informacji wynika jednak, że kontakt ten nie był jej zbytnio przydatny. Dobski – chociaż zazwyczaj dobrze poinformowany – nie był na tyle blisko obozu rządzącego, aby Dauksza mogła mieć z niego korzyść. Wtedy też nastąpiła zmiana kierunku. Młoda, lewicowa aktywistka, rozpoczęła swoją aktywność na profilach społecznościowych dziennikarzy „Gazety Polskiej”. Okres nawiązania relacji zbiegł się z momentem, w którym przestała obnosić się w mediach społecznościowych swoimi skrajnie lewicowymi poglądami. Ponadto nastąpiło to w momencie, w którym ustawa o ochronie zwierząt została zmiażdżona przez Sejmową Komisję Rolnictwa, otrzymała fatalne opinie Biura Analiz Sejmowych, Biura Legislacyjnego oraz wywołała falę protestów wśród rolników. Wyrzucenie ustawy w tym kształcie do kosza przez Sejm mogła odebrać jako osobistą porażkę.

Wspólna sprawa

Co najmniej od dwóch lat lewicowe środowiska pro zwierzęce łączył wspólny cel z częścią polityków zasiadających w parlamencie minionej kadencji. Celem było wprowadzenie ustawy o „ochronie zwierząt”. Ustawa została napisana przy współudziale tzw. „czynnika społecznego”. W rzeczywistości okazało się, że za konsultowanie jej treści był odpowiedzialny inny „pro zwierzęcy” gigant z Wielkiej Brytanii – a dokładnie jego polska satelita – Fundacja Viva!, na której czele stoi Cezary Wyszyński. Ciekawostką jest, że mężczyzna ten, był zamieszany w głośną aferę związaną z „Chemiskórem”. Sprawą zajmowała się Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W ubiegłym roku sąd umorzył długi Wyszyńskiego z tamtego okresu, ogłaszając jego upadłość konsumencką. Wracając jednak do samej ustawy – niewiadomą pozostaje, czy cichy sojusz kilku dziennikarzy ze środowiskiem Vivy! i „Otwartych Klatek” w celu przepchnięcia kontrowersyjnej ustawy, ograniczał się jedynie do udzielania sobie wzajemnego medialnego poparcia, czy był oparty na czymś jeszcze? Być może młoda aktywistka od samego początku była dziennikarsko „zadaniowana” w celu szukania afery, która może osłabić pozycję Prawa i Sprawiedliwości, gdyby po raz kolejny partia Jarosława Kaczyńskiego wygrała wybory?

Tak czy inaczej, ostatnie uderzenie „Newsweeka” współkoordynowane przez działaczkę „Otwartych Klatek” okazało się kompletnie chybione, co wykazuje wielu publicystów, ale i analizujących sprawę internautów.

Ważniejszym pytaniem jest jednak, czy był ktoś, kto dostarczał informacje „z Woronicza” aktywistce „Otwartych Klatek” Julii Daukszy i Wojciechowi Cieśli z „Newsweeka”?

Źródło: Marek Miśko, serwis wSensie.pl Oryginalny tekst: KLIKNIJ!

Fot. YT Instytut Spraw Obywatelskich/Screen

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) ws. kredytu frankowego państwa Dziubaków stał się impulsem dla tysięcy frankowiczów! Nerwowo reagujące banki zaczęły z kolei straszyć konsekwencjami prawnymi swoich dawnych lub obecnych klientów, którzy podejmowali zobowiązania kredytowe w obcej walucie. Wydaje się jednak, że skoro kancelarie odszkodowawcze takie jak Votum Odszkodowania S.A. wygrywały już wcześniej sprawy na rzecz konsumentów, to po wyroku TSUE pójdzie z górki. Okazało się, że w mediach przypuszczono „spontaniczny” atak na konkurencję dla adwokatów. Rynek frankowiczów podzielił ekspertów od dochodzenia roszczeń i praw kredytobiorców? Zapytaliśmy o to zaatakowaną stronę.

„Kancelarie odszkodowawcze stanowią naturalną konkurencję dla tradycyjnych kancelarii prawnych, stąd nagonka z ich strony na działalność tego typu podmiotów. Kancelarie radcowskie i adwokackie nie mogą się reklamować i oferować swoich usług, przez co mają ograniczoną możliwość dotarcia do klientów. Jednocześnie stosują wysokie stawki opłat wstępnych, które są niekiedy zaporowe dla wielu Frankowiczów. Dlatego skorzystanie z usług kancelarii odszkodowawczych jest dla kredytobiorców szansą na rozpoczęcie walki z bankiem o swoje prawa. To nie do końca jest na rękę kancelariom prawnym, które wolałyby zmonopolizować ten rynek usług prawnych i sprowadzić go do elitarnej grupy klientów, których stać na pozwanie banku przy ich udziale”

– mówi w rozmowie z Prostozmostu.pl Paweł Wójcik z Departamentu Spraw Bankowych Votum S.A.

„Problem frankowy dotyczy blisko miliona Polaków i oczywiste jest, że nawet, gdyby wszystkie kancelarie prawne w Polsce ukierunkowały się na pomoc frankowiczom, to ze względu na swoje ograniczenia kadrowe, lokalowe i finansowe, nie będą w stanie pomóc wszystkim potrzebującym takiego profesjonalnego wsparcia. Oczywiście, nie każda kancelaria odszkodowawcza daje gwarancję przeprowadzenia postępowania na takim samym poziomie, dlatego przy wyborze swojego profesjonalnego pełnomocnika warto zbadać jego doświadczenie, ilość prowadzonych spraw i sukcesów, a także zaplecze kadrowe”

– dodaje przedstawiciel Votum S.A.

„Ostatecznie należy pamiętać o tym, że najważniejsze jest to, żeby dany proces zakończył się sukcesem dla klienta frankowego, bez względu na to, kto będzie prowadził jego sprawę, czy to tradycyjna kancelaria prawna, czy kancelaria odszkodowawcza. Z drugiej strony antagonizowanie obu przedstawicieli rynku jest na rękę bankom. W końcu uwaga obu rodzajów kancelarii skupia się na wewnętrznej konkurencji, zamiast na zwarciu szeregów i zintensyfikowaniu działań na rzecz frankowiczów. Na sporach obu rodzajów kancelarii korzystają same banki, a tak być nie powinno”

– puentuje Paweł Wójcik.

Szacuje się, że ze względu na nieuczciwe praktyki banków (stosowanie abuzywnych przepisów przy kredytach frankowych) banki mogą stracić po wyroku TSUE od 25 do nawet 120 mld zł.

Natalia Jastorfska

graf. Pixabay

 

Przypominamy sprawę Tomasza Greczkowicza, który obrażany, opluty i napadnięty przez Bartosza Zająca odepchnął go, a ten – będąc mocno pijany – przewrócił się, uderzając głową najprawdopodobniej w betonowy chodnik. Dzisiaj wiadomo już, co wynika z opinii biegłych lekarzy, że Zając mógł umrzeć ze względu na niewłaściwą hospitalizację (bez wątpienia nie zmarł w wyniku odepchnięcia czy nawet jednorazowego uderzenia, a z powodu niefortunnego upadku). Tymczasem sąd pierwszej instancji skazał Greczkowicza na karę więzienia w zawieszeniu; drugiej instancji – na karę 20 miesięcy bezwzględnego pozbawienia wolności za nieumyślne spowodowanie śmierci (sąd nie skorzystał z narzędzia jaki daje w polskim prawie kontratyp obrony koniecznej).

Być może nie bez znaczenia pozostaje fakt, że zmarły był kuzynem Damiana Bartyli, wówczas prezydenta Bytomia, a w kręgu rodziny zmarłego pojawiają się osoby związane ze słynnym tzw. układem wiedeńskim.

Wyroki sądów skomentował mec. Marcin Iwanowski z Instytutu na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris oraz Kancelarii Prokurent. Na pytanie, dlaczego sądy nie brały pod uwagę casusu obrony koniecznej Iwanowski wskazuje forma mentis sędziów, który w dalszym ciągu jest dominującym sposobem myślenia wśród przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości.

„Jest to wynik starego sędziowskiego myślenia, które twierdzi, że należy bronić poszkodowanego i skutki wyrządzone pokrzywdzonemu powinny być naprawione przez sprawcę danego czynu”

– powiedział mec. Marcin Iwanowski.

„W przypadku casusu Greczkowicza już sąd pierwszej instancji poza skazaniem Tomasza Greczkowicza na wyrok pozbawienia wolności, wówczas w zawieszeniu, zobowiązał go do wypłaty po 50 tys. zł na rzecz dzieci zmarłego oraz 20 tys. na rzecz żony, co już jest formą zadośćuczynienia bardzo dotkliwą, mając na uwadze okoliczności tego czynu. Dlatego stoję na stanowisku, że główną przyczyną takich wyroków jest postawa sędziów i oskarżycieli publicznych, w tym przypadku prokuratora, którzy żądają wysokich, wyśrubowanych wyroków, na które sprawcy nie zasługują. W tym przypadku pan Tomasz na taką karę nie zasłużył. Mam wątpliwości, czy zasłużył na jakąkolwiek karę”

– dodał adwokat związany z Ordo Iuris.

„Przepisy, które obecnie obowiązują w zakresie obrony koniecznej umożliwiają sądowi zastosowanie nadzwyczajnego złagodzenia kary, odstąpienie od wykonania kary, nawet uniewinnienie. Sądy jednak bardzo rzadko stosują ten kontratyp. Odnosząc się do sprawy Tomasza Greczkowicza uważam, że była podstawa do uniewinnienia, a przynajmniej do odstąpienia od wymierzenia kary lub nadzwyczajnego złagodzenia kary”

– dodał mec. Iwanowski.

„W przypadku Greczkowicza doszło ewidentnie do zamachu na dobro chronione prawem, jakim była jego nietykalność osobista, ponieważ został zaatakowany przez denata jak i jego małżonkę. Przez oboje pokrzywdzonych był wcześniej wielokrotnie znieważony, czyli naruszona była jego cześć, która jest także dobrem chronionym”

– tłumaczył adwokat.

„Czytałem uzasadnienia wyroku sądów pierwszej i drugiej instancji, może nie bardzo wnikliwie, ponieważ są bardzo obszerne, natomiast zwraca uwagę bardzo długi wywód w zakresie ustalenia stanu faktycznego, środków dowodowych, zeznań świadków, natomiast w zakresie kwalifikacji prawnej czynu, zachowania oskarżonego, ten wywód jest bardzo skąpy, bardzo lakoniczny”

– relacjonował prawnik.

„Sąd pierwszej instancji w ogóle nie rozważał instrumentu jakim jest obrona konieczna. Dopiero w apelacji pojawił się wniosek o kwalifikację czynu jako obrony koniecznej, ale sąd zbagatelizował to, nie odniósł się do tego i nie tyle nie uniewinnił oskarżonego, ale podwyższył karę w sposób radykalny”

– zauważył mec. Iwanowski.

„Wiem z relacji prasowych, że istnieje opinia biegłych podważająca dotychczas wydawane opinie w tej sprawie. Takie opinie powinny być dołączone do kasji lub przedstawione na etapie postępowania toczącego się przed Sądem Najwyższym”

– stwierdził.

Zdaniem adwokata „Sąd Najwyższy powziąwszy wątpliwość co do prawidłowego ustalenia związku między zachowaniem Tomasza Greczkowicza, a skutkiem, czyli śmiercią Bartosza Zająca, powinien skierować tę sprawę do ponownego rozeznania przez sąd pierwszej bądź drugiej instancji, które jeszcze raz powinny przeprowadzić postępowanie dowodowe w tym zakresie, w którym powstały wątpliwości”.

„Mając na uwadze nasz obecny zasób wiedzy i materiał dowodowy, zaznaczam, że bazuję na tym, co wyczytałem w uzasadnieniach wyroków pierwszej i drugiej instancji, to pan Tomasz powinien być uniewinniony lub powinno się odstąpić od wymierzenia mu kary, zwłaszcza z uwagi na to, że doszło do wystąpienia kontratypu obrony koniecznej”

– puentował.

Sprawa Greczkowicza poza Sądem Najwyższym (kasacja) trafiła także w formie prośby o ułaskawienie do prezydenta RP Andrzeja Dudy.

Jak przekonuje Paweł Wójcik z Votum S.A. „Większość frankowiczów właśnie otrzymała szansę na zmianę swoich zapisów umownych, by spłacać swoje kredyty na uczciwych warunkach, bez odniesienia do CHF”.

„Dodatkowo, frankowicze zachowują prawo do zwrotu tego, co nadpłacili do banku w ciągu ostatnich 10 lat”

– dodaje komentując wyrok ws. frankowiczów Trybunału sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Jego zdaniem najważniejsza jest próba wystąpienia do banku ze swoimi słusznymi roszczeniami. Te najprawdopodobniej zostaną oddalone. Wówczas należy wystąpić do sądu.

„Wygrywaliśmy sprawy frankowiczów już przed wyrokiem TSUE, ale teraz wiemy, że mamy dodatkowe argumenty, a właściwie mają je przede wszystkim sędziowie. To oni będą się powoływać na TSUE”

– twierdzi ekspert Votum S.A. specjalizujący się w pomocy frankowiczom.

„Każdego dnia zgłąszają się do nas klienci, którzy poczuli nową nadzieję na odzyskanie niesłusznie odebranych im środków finansowych”

– mówi Paweł Wójcik z Departamentu Spraw Bankowych Votum S.A.

 

 

 

 

Czy fanryka psów rasowych na ilośc ma swoją nazwę? „Mówimy o nich, że są to pseudohodowle” – wyjaśnia Piotr Kłosiński, prezes Polskiego Porozumienia Kynologicznego.

 

 

„Tam, gdzie wygrywa pokusa pieniądza, pies przestaje się liczyć. Ludzie rozmnażają je w strasznych warunkach. To się niestety zdarza”

 

– dodaje.

 

„I bardzo dobrze, że są (obrońcy zwierząt – dop. Redakcji). Żeby być jednak sprawiedliwym, trzeba powiedzieć, że obsesja bogactwa dotyka także ich”

 

– twierdzi Kłosiński.

 

„Mamy w Polsce coraz więcej organizacji pozarządowych, które dla zysku zabierają psy hodowcom pod byle pretekstem, wykorzystując luki prawne lub legislacyjną nieświadomość. Co ciekawe, tacy animalsi najczęściej interweniują tam, gdzie hodowane są drogie psy. Są na tyle bezczelni, że często zabierają podobno zaniedbane rasowe psy, a zostawiają temu samemu właścicielowi psy nierasowe, które już ich nie interesują, bo nikt za nie nie zapłaci. Polskie Porozumienie Kynologiczne, które jest członkiem Word Kennel Union, pomaga zarówno walczyć z pseudohodowlami, jak i pseudoanimalsami”

 

– puentuje.

 

Polskie Porozumienie Kynologiczne jest jedną z dwóch największych organizacji kynologicznych w Polsce. PPK jest członkiem międzynarodowej organizacji kynologicznej World Kennel Union.

 

Piotr Strumieński

 

Architekci i inżynierowie budownictwa to sytuacja nieco adekwatna do odwiecznego sporu pomiędzy adwokatami i radcami prawnymi. O kompetencje, wpływy, bez wątpienia także pieniądze, chociaż o ostatnich niechętnie mówią jedni i drudzy.

Do ciekawej rozmowy doszło w serwisie wSensie.pl, gdzie Mariusz Dobrzeniecki i Jarosław Kukliński z Polskiej Izby Inżynierów Budownictwa ujawnili rąbka tajemnicy kulisów lobbingu architektów. Czy powstaną ustawy, które drobnymi z pozoru zapisami odsuną inżynierów na drugi plan i „skleją” w pierwszej kolejności inwestorów z architektami?

 

„Nie tyle chodzi o spór architektów z inżynierami budownictwa czy odwrotnie, ale o to, że jesteśmy w ciągłej obronie naszych inżynierów, naszego samorządu przed częścią środowiska architektów, bo oczywiście nie wszystkich. Na co dzień współpracujemy z architektami i ta współpraca na budowie układa się bardzo dobrze. Jest jednak pewna grupa architektów, która uzurpuje sobie prawo, by dominować w budownictwie”

 

– mówi Mariusz Dobrzeniecki, przedstawiciel Polskiej Izby Inżynierów Budownictwa.

 

„Patrząc na to, jak doszło do tego, że pojawiła się ustawa o samorządzie zawodowym architektów i oddzielna dla inżynierów, którą przygotowuje środowisko architektów, nie rozmawiając z inżynierami, to coś jest nie tak. Dzisiaj mamy jedną ustawę o samorządach. Jeśli nawet konieczne są nowe, to powinniśmy wypracować je razem, architekci i inżynierowie budownictwa”

 

– dodaje.

 

„Uważamy, że obecna sytuacja prawna jest bardzo dobra i zrównoważona, a my nie chcemy nic innego, jak tę równowagę zachować. Tak jak architekt bez inżyniera nie funkcjonuje, tak działa to w drugą stronę strony”

 

– informuje Jarosław Kukliński z Polskiej Izby Inżynierów Budownictwa.

 

„Architekci uzurpują sobie prawo do grupy jaką są urbaniści, a więc do całej tej części jaką jest obszar urbanistyczny czy planistyczny. Oczywiście zachowując swoje kompetencje architektów chcieliby przejąć także takie wpływy, ale na tym nie koniec, bowiem chcieliby mieć rolę wiodących projektantów. Oni więc inicjowaliby pierwszy proces decyzyjny w spotkaniach z klientem. Tzn. inwestor spotykałby się najpierw z architektem, a nie inżynierem”

 

– puentuje Dobrzeniecki.

 

I zdaje się tu, przy przejęciu relacji z inwestorami, gdzie układana jest wizja budowy i wiele spraw finansowych, znajduje się główny środek zabiegów architektów.

 

Piotr Strumieński

 

Albania doświadczyła największego od 20 lat trzęsienia ziemi. Dwa wstrząsy doprowadziły do licznych zniszczeń. Kilkadziesiąt osób jest poszkodowanych. Narażeni zostali także Polacy, którzy skarżą się na polskich rezydentów.
„Popękane ściany w hotelu. Brak pomocy z biura podróży. Część ludzi śpi na plaży”
– mówi nam Radosław Mata, turysta z Polski, który z rodziną odpoczywał w jednym z hoteli w w nadmorskiej miejscowości Durres znajdującej się blisko epicentrum.
„Właśnie weszliśmy do hotelu, ale nadal się boimy”
– informuje Polak, który jest w Albanii z niespełna rocznym dzieckiem.
Jak poinformował redakcję, ich rezydent o imiemiu Mateusz z biura podróży TUI „zrzuca każdy telefon”.
„Nie ma z nim żadnego kontaktu. Był tutaj albański minister turystyki i zapewniał nas, że zrobi wszystko, żebyśmy byli bezpieczni. Niemcy od razu dostali SMS-y od swoich z instrukcjami, co mają robić. My nic. Zero kontaktu nawet z rezydentem”
– mówi Radosław Mata.
„Biuro podróży TUI. Nasz rezydent ma na imię Mateusz. Proszę o tym napisać. Wysłaliśmy im wiadomości, że jesteśmy z małym dzieckiem i potrzebujemy pomocy, a oni nic. Zero odzewu. Zero kontaktu. Prosze o tym napisać”
– dodaje polski turysta.
Biuro podróży TUI nie pierwszy raz było kontrowersyjnym bohaterem medialnym w związku z wycieczkami do Albanii.
TUI to niemiecka firma, więc dbają o Niemców – normalna rzecz…
– napisał w komentarzu jeden z internautów o nicku Marian Kolano.
„Pani Magdalena zapłaciła niemal 6 tys. zł za rodzinny urlop w Albanii. Gdy przyjechała na miejsce, okazało się, że „luksusowy” hotel jest ciągle w budowie. – Hałas był nie do wytrzymania – opowiada. Firma TUI po ponad miesiącu stwierdziła, że jest jej „przykro”. I proponuje turystce niecałe 500 zł odszkodowania”
– można było niedawno przeczytać na finanse.wp.pl
Wstrząsy były odczuwalne w całej Albanii i na północy Grecji.
Informacja własna: Prostozmostu.pl/RW
Fot. Radosław Mata