Czas na wolny rynek? Balcerowicz musi odejść!

Postulat wolnego rynku w Polsce brzmi niemal jak utopia. W opinii wielu uosabia go ten, który najbardziej obrzydził Polakom wolnościowy kurs – profesorem Leszkiem Balcerowiczem. To dlatego ugrupowania nazywające siebie „prawicą” są gospodarczo lewicowe, a środowiska alarmujące choćby o odrobinę więcej wolności gospodarczej, uznawane są za siedlisko wariatów, którzy prędzej powinni trafić do szpitala, nie zaś do sejmowych ław.

 

Tym bardziej niepokojące jest to, że szereg osób, określających się mianem „wolnościowców” bije przed Balcerowiczem ukłony. No, faktycznie napsuł trochę krwi Polakom – mówią często – ale przecież miał plan, wprowadzał reformy, a wreszcie jako jedyny gwizdał na sondaże, kierując się tak cenionym przez wielu zwolenników wolnego rynku chłodnym osądem w zakresie zmian gospodarczych. Że był za pan brat z komunistycznym reżimem? Cóż, święty Paweł także był wcześniej Szawłem. Że realizował plan, który nie był jego planem, lecz pomysłem jednej z najbardziej szkodliwych instytucji – Międzynarodowego Funduszu Walutowego? Też coś – przecież ewidentnie zastąpił absurdalne mechanizmy gospodarki nakazowo – rozdzielczej wolnorynkowe kategorie.

 

Wielu współczesnych wolnościowców tak zapiekle walczy z socjalistycznymi pomysłami kolejnych polskich rządów, że za wzór obrali sobie człowieka, który de facto pogrzebał szansę na poszerzenie zakresu wolności gospodarczej w Polsce. Owszem, były szef Unii Wolności sam od pewnego czasu, zauważywszy, iż wyrosło pokolenie młodych Polaków, których pewna część skupiona jest w rozmaitych organizacjach i stowarzyszeniach gardłujących o potrzebie odrzucenia państwowej ingerencji w rynek, zaczął sprytnie budować własną legendę niezłomnego bojownika o wprowadzenie wolnorynkowych reguł w Polsce. Skutek? Dość oczywisty – wielu polskich wolnościowców pragnie dzisiaj udzielić poparcia takiemu politykowi, który w swoim programie nawiązałby do marnej spuścizny Wilczka i właśnie Balcerowicza. Spuścizna pierwszego w tym duecie to uwłaszczenie nomenklatury komunistycznej, zaś drugiego – zarżnięcie polskiej gospodarki, zubożenie wielu Polaków, skutkujące trwałym odrzuceniem przez starsze pokolenia jakichkolwiek wolnościowych pomysłów.

 

Reformy Balcerowicza odbywały się przy absolutnym pogwałceniu prawideł polskiej specyfiki i ślepej realizacji kanonu rozwiązań, stale suflowanych przez MFW – walka z inflacją plus prywatyzacja. Te „recepty”, realizowane przez „ojca założyciela III RP” budzą obecnie w wielu Polakach przerażanie niczym wizja wojny lub jakiejś totalnej, krwawej rzezi.

 

Ciepła woda w kranie

 

Jeśli szukać dzisiaj odpowiedzi na pytanie czym jest wolny rynek a wreszcie: w jaki sposób jego zdrowe mechanizmy wprowadzić do polskiej gospodarki należy przede wszystkim zdefiniować go a contrario. Definicjata powinna być krótka: wolny rynek nie jest tym, co zaproponował Polakom Balcerowicz. Wszak stopniowe wprowadzanie jego reguł nie powinno wiązać się z doktrynerstwem, lecz kontekstem społecznym kraju. To istotna korekta wszelkich reform. Bolączkami polskich reformatorów były bowiem dotąd albo bezmyślne kopiowanie rozwiązań przyjętych w krajach szerokorozumianego Zachodu, albo nieumiejętność wyciągania wniosków z przeszłości. Przykładów tych bólów trapiących wielu polskich polityków – od prawa do lewa – jest wiele. To dlatego obecnie jednak niemal każdy wolnościowiec, pragnący wprowadzenia jakiejkolwiek reformy (choćby najmniej dotkliwej) szybko straci zęby. I dlatego też od ponad dziesięciu lat w polskich realiach dominuje dyktat gospodarczej „ciepłej wody w kranie”. Istotą tej metody jest to, by zmieniać tak wiele, aby nie zmieniło się nic. Dla Donalda Tuska reformy były niepotrzebnym dręczeniem Polaków lub, odzierając ten zwrot z politycznej nowomowy, zwykłym drażnieniem i zniechęcaniem wyborców. Z kolei dla Jarosława Kaczyńskiego polityka gospodarcza jest ważnym stabilizatorem nastrojów społecznych. By móc spokojnie trząść Trybunałem Konstytucyjnym oraz sądownictwem, by móc wreszcie rozpocząć „wojnę na górze”, szef PiS musiał zadbać o spokój na dole.

 

Zaczerpnął tę koncepcję nie tylko z doświadczeń transformacji, gdy obserwował w jaki sposób zadręczano polskie społeczeństwo „planem Balcerowicza”, petryfikując zarazem postkomunistyczny ład społeczno-polityczny, ale także z dość grubo ciosanych koncepcji Lecha Wałęsy, który hasło „wojny na górze” i „spokoju na dole” ukuł szykując się do walki o władzę w obozie solidarnościowym u zarania III RP. Wbrew pozorom bowiem Kaczyński niezwykle ceni „słuch społeczny” oraz niewiadomego pochodzenia świetny instynkt polityczny byłego prezydenta, których to cech erupcja w karierze Wałęsy nastąpiła w latach 80. i kilkudziesięciu miesiącach po upadku PRL.

 

Warto jednak postawić pytanie: co w warunkach dominacji „ciepłej wody w kranie” lub – jak kto woli – „spokoju na dole” może zrobić wolnościowiec, by spełnić niewątpliwie cenne marzenie o implementowaniu wolnorynkowych reguł w Polsce?

 

Własność prywatna

 

Jak wskazują badania młodego elektoratu, polityczna indyferencja współczesnych, młodych wyborców bierze się przede wszystkim z tego, że mają oni dosyć polityki rozumianej jako gabinetowa walka o władzę, a zdecydowanie wolą koncentrować się na zdobywaniu dóbr materialnych, zapewnianiu godnego bytu najbliższym. Mają przecież skalę porównawczą – doskonale wiedzą, w jaki sposób prosperują ich rówieśnicy na Zachodzie.

 

Język, jakim można przemówić do młodszego pokolenia, by uświadomić im wagę wolnorynkowych zmian dla ich życia to język obrony ich prywatnej własności, czyli tego, co w niepewnych czasach stanowi gwarant ich bytu. Przykłady? Nie znam właściciela działki, który nie popierałby rozwiązania ministra Jana Szyszki w zakresie wolnej wycinki drzew na terenie prywatnym. Szef resortu środowiska postanowił uderzyć w państwowy interwencjonizm czy zyskał sobie sympatię właścicieli działek. Oczywiście zastępy ekoterrorystów szybko zmusiły go do cofnięcia zabezpieczających własność prywatną przepisów, lecz niewątpliwie mogliśmy zobaczyć na żywym organizmie rzadki przykład „zwijania się” rozlazłego państwa.

 

Własność prywatna to jeden z fundamentów wolnego rynku. Dotyczy nie tylko przecież wolnej wycinki drzew, ale także poszanowania działalności gospodarczej (zabezpieczenia jej przed wszechwładnymi urzędnikami) czy naszych wynagrodzeń za pracę (uczciwe i przejrzyste reguły opodatkowania), a wreszcie – szacunku dla tejże pracy (deregulacja zawodów).

 

Postulaty wzmocnienia ochrony własności prywatnej mogą spotkać się w Polsce z pozytywną reakcją, wszak rozbijają one często szklany sufit, blokujący młodym ludziom awans zawodowy lub finansowy. Obecna władza raczej z rzadka podnosi ów postulat, wszak głęboko wierzy ona – co wyraził swego czasu Jarosław Kaczyński – iż właśnie państwo pełni funkcję najlepszego regulatora przestrzeni publicznej. W wizji prezesa PiS niewiele jest miejsca na wolność, w tym także wolny rynek. Hołduje on bowiem Hobbesowskiej wizji państwa, zgodnie z którą instytucja ta ma chronić ludzi przed nimi samymi. W tej koncepcji władza staje się de facto władzą absolutną, by stabilizować liczne płaszczyzny życia społecznego, ale również prywatnego. Proszę, rzecz jasna, nie traktować tego stwierdzenia, jako straszenia totalitarnymi skłonnościami obecnej władzy. Jest to raczej opis politycznej koncepcji, obranej przez szefa PiS, którego dość eufemistycznie nazywa się „państwowcem”.

 

Akcje Morawieckiego

 

To bezwzględne zaufanie do państwa można dostrzec w kolejnych posunięciach hiperministra, jakim jest Mateusz Morawiecki. Problemem polskiej gospodarki od wielu lat jest jej nieinnowacyjność przez okazuje się niekonkurencyjna wobec dynamicznych gospodarek zachodnich. Jakie rozwiązanie podsuwa szef superresortu gospodarczego? Inwestycji państwowych w najbardziej perspektywiczne przedsięwzięcia gospodarcze. Państwo ma uruchomić stymulator finansowy, za sprawą którego określone przedsiębiorstwo zwiększy inwestycje w badania, a stosowane przez nie technologie zaczną dorównywać tym, jakie stosują kraje zachodnie.

 

To dość siermiężna logika, jak na młodego ministra, który przymaszerował do rządu wprost z sektora bankowego. „Akcja innowacja” zaproponowana przez Morawickiego rodzi słuszne i proste skądinąd pytania. Po pierwsze, jakie kryteria decydują o tym, że dane przedsiębiorstwo może, otrzymawszy zastrzyk finansowy, podnieść konkurencyjność polskiej gospodarki? Po drugie, skoro dana firma zajmuje się innowacyjnym segmentem produkcji, to dlaczego wymaga odkręconego kranu z państwową dotacją?

 

Konia z rzędem temu, kto logicznie wytłumaczy politykę ministra Morawieckiego, nazywaną przez mądrych ludzi „nową ekonomią strukturalną”. Jak to zwykle jednak bywa, za nadmuchanym balonikiem specjalistycznej nomenklatury skrywa się po prostu zwykła bezsilność współczesnych polityków, niepotrafiących dostatecznie zaufać obywatelom, by właśnie w ich przedsiębiorczości dostrzec szansę na rozwój kraju. Brak zaufania polityków do obywateli, a obywateli do polityków – to jeden z głównych współcześnie grzechów, z powodu których wolny rynek przegrywa z państwowym interwencjonizmem.

 

Byle nie Balcerowicz

 

Trudno ukrywać, że we współczesnej Polsce największą bolączką nadal jest brak zaufania władzy do obywateli oraz toporne przekonanie, że kontrola państwowa, obejmująca m.in. rynek, pozwoli na szybką reakcję w sytuacji kryzysowej. Współcześni politycy – nie tylko polscy – wolą więcej kontrolować, sprawować silniejszą władzę i mieć wpływ na jak najwięcej dziedzin życia. Działa tutaj prosta w swej istocie, lecz zabójcza w skutkach reguła: „największą formą zaufania jest kontrola”. Czy jednak proces samoograniczenia państwa jest we współczesnych czasach w ogóle możliwy? I czy obywatele naprawdę tego chcą? Łatwiej przecież obwinić za brak skuteczności państwo, niż mieć pretensje do samego siebie o bezmyślną inwestycję czy nierozsądny zakup. Przykład Amber Gold wydaje się być tutaj wystarczająco wymowny. Choć państwo w tej sprawie dysponowało narzędziami, by ukrócić bandycką działalność właścicieli tej piramidy finansowej, to jednak sami ludzie, inwestujący bezrefleksyjnie duże pieniądze w mityczne złoto, wykazali się kompletnym brakiem rozsądku. Wygodnie jest im dzisiaj zaatakować za takie decyzje państwo, choć przecież podejmowali je świadomie, zapomniawszy o tym, że mogą dokładnie sprawdzić przedmiot inwestycji, a nawet poprosić o pokazanie mitycznych zasobów złota.

 

W myśleniu o wolnorynkowych zmianach najtrudniejsze jest to, by przekonać do niego innych. Trudno bowiem nauczyć ludzi odpowiedzialności za podejmowane decyzje, a przecież tego wymaga wolny rynek, który bezlitośnie rozprawia się z nieroztropnymi graczami. Z drugiej jednak strony, panuje w Polsce wielki strach przed jakimikolwiek wolnościowymi reformami. Nazwisko Balcerowicz budzi bowiem przerażenie po dziś dzień. Nie było dotąd w Polsce większego szkodnika, torpedującego wolnościowe zmiany w Polsce. Oby jednak udało się pozbyć tego prostego skojarzenia, łączącego wolny rynek z nazwiskiem dawnego szefa NBP. To także lekcja do odrobienia dla wielu wolnościowców. I szans na powolną zmianę mentalności.

 

Krzysztof Gędłek–  absolwent politologii, doktorant, publicysta. Pasjonat polskiej myśli politycznej XIX i XX wieku, szczególnie w okresie po 1945 roku.

 

Tekst pochodzi z 39. numeru kwartalnika „Myśl.pl”