Michał Kamiński jako przykład polityka upadłego

Michał Kamiński przed kilkunastoma laty był uważany za jednego z najbardziej utalentowanych polityków młodego pokolenia na polskiej prawicy. Inteligentny, błyskotliwy, uznany nawet swego czasu za najlepszego mówcę w parlamencie, Kamiński brawurowo wszedł do polskiej polityki. Mało kto dzisiaj pamięta, że zaczynał swoją aktywność do radykalnie nacjonalistycznego Narodowego Odrodzeniu Polski, co w późniejszym czasie nie raz było mu wypominane przez politycznych oponentów.

 

Początki w NOP Kamińskiego świadczą jednak o poglądach, jakie miał w tamtym czasie, o zdecydowanie narodowo-konserwatywnym zabarwieniu. Nie miał oporów, aby nazwać przed kamerami homoseksualistów „pedałami”, brał też udział w delegacji do osadzonego w areszcie domowym chilijskiego dyktatora gen. Augusto Pinocheta. Na szerokie wody wypłynął w ZCHN-ie, którego był członkiem-założycielem, a później rzecznikiem prasowym partii. Tu miał okazję szlifować swoje zdolności komunikacyjne w relacjach z mediami, co po kilku latach miało zaowocować największym sukcesem, który jednocześnie stał się początkiem jego politycznego upadku.

 

W 2002 r. Kamiński zasilił założone przez braci Lecha i Jarosława Kaczyńskiego Prawo i Sprawiedliwość, partię, będącą nową jakością na polskiej scenie politycznej, mającą aspirację na przejęcie władzy po rządach skompromitowanej lewicy. To udało się w dużej mierze dzięki właśnie Kamińskiemu. W 2005 r. wspólnie z Adamem Bielanem byli odpowiedzialni za ton kampanii PiS-u w wyborach parlamentarnych i prezydenckich, gdzie kandydatem był Lech Kaczyński. Narracja kampanii oparta była na podziale między Polską solidarną i liberalną. Tę drugą miała reprezentować Platforma Obywatelska, deklaratywnie kandydat na koalicjanta. Sztab PO nie był w stanie dać właściwego odporu na konsekwentną i spójną opowieść PiS-u. Mimo sondażowej przewagi, wybory zakończyły się podwójną klęską dla Platformy:  Donald Tusk musiał uznać wyższość Lecha Kaczyńskiego, a PO przystępowała do rozmów koalicyjnych z PiS-em z pozycji przegranego.

 

Michał Kamiński miał prawo świętować. Strategia, której był jednym z głównych autorów, odniosła sukces a on sam zyskał miano specjalisty od budowania politycznego PR i prowadzenia kampanii wyborczej. Pewnie wtedy na dobre uwierzył, że może, nie tylko pracować na kogoś, ale sam rozdawać karty w polskiej polityce. Brutalna weryfikacja tego wyobrażenia nastąpiła po niespełna sześciu latach.

 

W listopadzie 2010 r.  Kamiński wystąpił z Prawa i Sprawiedliwości i zaangażował się w tworzeniu partii Polska Jest Najważniejsza, powstałej na bazie uciekinierów z PiS-u, którzy mieli ambicję stworzenia prawicowej partii z „ludzką twarzą”, bez nielubianego prezesa Kaczyńskiego, za to z młodymi uśmiechniętymi politykami, pokroju Pawła Kowala czy Marka Migalskiego. Szybko okazało się jednak, że PJN nie ma najmniejszych szans, aby stać się zbawcą polskiej prawicy, a do historii politycznego kiczu przeszły już kompromitujące spoty wyborcze partii (kto widział nagranie z koniem z udziałem Kowala i Migalskiego, ten doskonale wie, o co chodzi). Czar prysł, Kamiński z Bielanem (który również zaangażował się w PJN) nie potrafili poprowadzić skutecznej kampanii, tak jak przed sześcioma laty. Inna sprawa, na ile rzeczywiście ta dwójka miała wpływ. W PJN-ie zebrała się bowiem grupa polityków o niespełnionych ambicjach politycznych. Każda z czołowych postaci widziała w swojej osobie nowego Kaczyńskiego. To nie mogło się udać i się nie udało.

 

Ostatecznie nóż w plecy PJN wbił…Kamiński. W wywiadzie z maja 2011 r. mówił o partii w czasie przeszłym, a był to moment, gdy formacja przygotowywała się do startu w jesiennych wyborach parlamentarnych. Siedzący w Brukseli Kamiński, zarabiający dziesiątki tysięcy miesięcznie jako eurodeputowany, dowiódł chyba po raz pierwszy tak bardzo wyraźnie, że na pierwszym miejscu stawia swoje egoistyczne interesy, a takie wartości jak elementarna lojalność wobec kolegów czy poczucie przyzwoitości, nie maja dla niego większego znaczenia.

 

Potem było już tylko gorzej. Kamiński gorączkowo szukał nowej formuły swojej aktywności, wspólnie z Kazimierzem Marcinkiewiczem i Romanem Giertychem założył think tank Instytut Myśli Państwowej. W końcu wylądował w… Platformie Obywatelskiej. Pomimo pierwszego miejsca na liście w okręgu lubelskim, nie uzyskał mandatu do Parlamentu Europejskiego. Brak reelekcji był dowodem całkowitej utraty wiarygodności przez byłego spin doktora PiS-u.

 

Polityk upadły, ale jeszcze nie martwy. Tak można dzisiaj określić Michała Kamińskiego. W ostatnich wyborach otrzymał bowiem poparcie, dzięki któremu jeszcze przez dwa lata będzie pobierać uposażenie poselskie. Już jednak nie jako członek klubu parlamentarnego PO, z którego został wykluczony w lipcu 2016. Ostatnio Kamiński odnalazł w sobie chłopską duszę, zasiadając w prezydium klubu PSL-UED. Czy w kolejnych wyborach wystartuje z list sygnowanych zieloną koniczyną? Jeżeli tylko da mu to szansę na pobieranie przyjemnej sumki w cieple sejmowych sal, wykluczyć tego nie można.

 

Na przykładzie Michała Kamińskiego świetnie widać, jak polityka niszczy i degeneruje ludzi. Z młodego, pewnie ideowego człowieka, stawiającego przed dwudziestoma kilkoma laty pierwsze kroki na politycznych salonach, Kamiński przepoczwarzył się w postać żałosną, której głównym motywem zaangażowania publicznego jest znalezienie się co kilka lat na odpowiednim miejscu odpowiedniej listy partyjnej, co przedłuży mu okres spokojnego utrzymania. Niech symbolem jego upadku nie tylko jako polityka, ale przede wszystkim człowieka, będzie jego wystąpienie podczas debaty nad projektem ustawy łagodzącej skutki dezubekizacji. Swoje płomienne przemówienie w obronie funkcjonariuszy związanych z poprzednim reżimem, którym odebrano wysokie emerytury, zaczął od słów „Cześć i chwała bohaterom”, kierując je…do obrońców komunistycznego zniewolenia Polski.

 

Przypadki takie jak ten stanowią ciemną stronę obecnego systemu wyboru parlamentarzystów, konkretnie zjawiska tzw. zawodowych posłów, ludzi dzierżących mandat (bez przerwy bądź z małymi przerwami) przez dwadzieścia i więcej lat. Osoby takie ze strachu prze utratą przywilejów i intratnego zajęcia, bez groźby zwolnienia nad głową, są zmuszane do zawierania, najłagodniej pisząc, wątpliwych moralnie kompromisów. Cena za spokój i wygodę jest jednak wysoka. Myślę, że poseł Kamiński unika patrzenia rano w lustro…

 

 

Marcin Rezik- Absolwent politologii na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, student prawa, związany z branżą energetyczną.

 

Foto: zrzut z Youtube.com

 

Tekst pochodzi z 39. numeru kwartalnika „Myśl.pl”