Repolonizacja branży pożyczkowej

Czy Tracza Antykryzysowa może wywołać kryzys? Jak się okazuje w naszym kraju nawet scenariusz gaszenia pożaru benzyną jest możliwy. Wystarczy aby właściwy biznesmen znał… właściwego polityka. Tak głosi warszawska plotka, coraz częściej powtarzana w ostatnich dniach.

Czy to działania pomocowe?

Ta historia zaczyna się 18 marca. Premier Mateusz Morawiecki ogłasza działania pomocowe dla gospodarki o rekordowej wartości 212 miliardów złotych. Mają one przynieść ratunek przedsiębiorcom, którzy już wiedzą, że ten rok przejdzie do historii. I będą to wspomnienia traumatyczne, bo przed nami fala zwolnień i widmo recesji. Tarcza Antykryzysowa – będąca opowiedzą na podobne programy zapowiedziane w innych krajach – ma być zaprezentowana jako jednolita ustawa zmieniająca co najmniej kilkanaście różnych ustaw.

Już sam plan przeprowadzenia takiej operacji legislacyjnej w warunkach paraliżu normalnej pracy i próbie prowadzenia konsultacji na wiecznie zawieszających się wideokonferencjach zapowiada, że nadchodzące tygodnie to będzie czas nerwowości i chaosu.

A chaos to szansa

Z szansy tej postanawia skorzystać pewien biznesmen z branży finansowej. Z racji swojego doświadczeni branżę tę zna bardzo dobrze i jego rekomendacje są słuchane w kręgach rządowych z zainteresowaniem. To też efekt wieloletnich znajomości z wieloma kluczowymi członkami rządu. Finansista już od dłuższego czasu przekonuje swoich rozmówców, że w Polsce istnieje rynek dużo ciekawszy niż media, który należałoby zrepolonizować. To sektor pożyczek gotówkowych. Wprawdzie nie do końca jest tak, że w czołówce są tylko firmy zagraniczne, ale to mało istotna niekonsekwencja.Najważniejsze są działające na wyobraźnię liczby. Prowizje na rynku mikropożyczek dochodzą do 30 proc. Wartości te pomnożone przez zainwestowane miliony robią wrażenie na wielu majętnych osobach, które chciałyby ten majątek jeszcze szybciej powiększyć. To nic, że pożyczki często są na kwotę kilkuset złotych i te 30 proc. to kwotowo jest 50 lub 100 zł. Ważne, że można snuć wizję wielkich zysków, które powinny zostać zrepolonizowane.

Finansista powtarza z pamięci kalkulacje kosztów. Wszystko sumuje się do nie więcej niż kilkunastu procent. Tyle powinna kosztować pożyczka dla Polaka! A ceny na rynku? Dlaczego nawet SKOKi często mają koszty powyżej 30 procent? Na to też jest wyjaśnienie. To zachłanność, lichwa, a jeżeli nie widać zysków to dodatkowo kreatywna księgowość i pompowanie kosztów.

Finansista przekonuje do swojego pomysłu Bardzo Wpływowego Polityka, który zleca, aby w projekcie Tarczy Antykryzysowej znalazł się zapis ograniczający koszty pożyczek. Z resztą nie jest to pierwsze podejście Finansisty do tego tematu. O planach obniżenia limitu już się kiedyś wypowiadał w mediach. Marże spadną, ale konkurencja również się zmniejszy – tak można podsumować jego stanowisko. Nowy zaproponowany poziom to 21 proc. (zapisane jako suma 15 i 6 proc). Ta wartość pozwoli na repolonizację, czyli zmniejszenie konkurencji. Najlepiej do zera. Skąd te liczby? Nie wiadomo, ponieważ urząd zagaszający propozycję nie wskazał żadnych źródeł swoich analiz. Po prostu – tyle będzie sprawiedliwie. Ale kto by się tym szczegółem przejmował. Gdy płonie dom nie czas na pytanie czy ten co wynosi kryształy na pewno jest strażakiem. Są ważniejsze tematy.

Sprawy nabierają tempa

Później wydarzenia przyspieszają jeszcze bardziej. Początkowo osoby pracujące przy projekcie ustawy deklarują, że drakońska obniżka maksymalnych kosztów nie jest kluczowym postulatem, więc jej wysokości powinna być możliwa do negocjacji. Swoje negatywne stanowiska zgłaszają wszystkie organizacje gospodarcze. Otrzymują informację, że w zasadzie to ich postulaty są bardzo rozsądne i do rozmowy o wysokości limitu powinno się wrócić w normalnym trybie pracy. A nie awaryjnym, który ma ratować gospodarkę.

Jednak już następnego dnia odpowiedzi nie są tak jednoznaczne. Do ekspertów docierają polecenia „z góry”, że zapis jest nieprzypadkowy i nie ma zgody politycznej na jakiekolwiek zmiany. Wiele osób wręcz podkreśla, że jest zaskoczonych tak stanowczymi deklaracjami od przełożonych. Wszyscy jako ich źródło podają ten sam ośrodek władzy.

W toku prac nad ustawą doszło nawet do tak kuriozalnej sytuacji, że gdy przedstawiciele rządzącej koalicji odważyli się zadać pytanie o źródło inspiracji i wyliczeń do planowanej regulacji rynku zostali oskarżeni przez ekipę Bardzo Ważnego Polityka o bycie… obrońcami lichwy.

Na szczególne podkreślenie zasługuje przemiana w tym zakresie u Minister Jadwigi Emilewicz. Jak podał Puls Biznesu „jej obecne stanowisko diametralnie różni się od tego, które zaprezentowała 30 maja zeszłego roku podczas Stałego Komitetu Rady Ministrów (…) Emilewicz mówiła wówczas, że główną wadą regulacji jest obniżenie limitu, i zwróciła uwagę, że podane przez resort sprawiedliwości przykłady pożyczek lichwiarskich nie dotyczą uregulowanej w ustawie o kredycie konsumenckim działalności instytucji pożyczkowych, a zatem nie uzasadniają zastosowania wobec tych podmiotów niektórych zaproponowanych środków służących przeciwdziałaniu lichwie”. Co spowodowało nagłe nawrócenie wolnorynkowej Pani Minister na tory cen regulowanych? Tego nie wiemy.

Co zyska szary człowiek?

Od wycieku pierwszych projektów ustawy, która zlikwiduje branżę pożyczkową mija pięć dni. Opozycja skupiona jest na robieniu selfie w maseczkach, a posłowie partii rządzącej na zapewnianiu telewidzów, że termin wyborów prezydenckich jest niezagrożony. Branża pożyczkowa dryfująca na skraju rynku finansowego mało kogo interesuje w tych warunkach. A powinna. Bo to właśnie do firm pożyczkowych pójdzie Kowalski, który już we wtorek, ostatniego dnia marca odbierze wypowiedzenie w fabryce mebli, bo jej zamówienia spadły do zera. Czy miesiąc później ktoś z polityków będzie się interesował tym czy Kowalski pożyczy w legalnie działającej firmie? Nie sądzę. Czy urząd który zarekomendował zaoranie branży pomoże temu Kowalskiemu? Nie, bo pożyczkowe podziemie to temat dla prokuratora, a nie nadzoru praw konsumentów. Nawet pracy będzie mniej.Być może Pan Finansista wywiąże się ze swoich deklaracji i dostarczy możliwość taniej i bezpiecznej pożyczki dla dotychczasowych klientów firm pożyczkowych. A jeżeli nie? Nic się nie stanie, reszta jego biznesów kręci się równie dobrze w kryzysie co w czasach prosperity.

Tylko klienta żal. No i jeszcze żal – tych już trochę mniej – 40 tys. pracowników firm pożyczkowych, pracowników call center, agentów, brokerów i innych współpracujących z branżą (tyle etatów deklarują organizacje pożyczkodawców, niech nawet ich będzie połowa). I na koniec, też w sumie trochę żal, inwestorów indywidualnych, którzy kupili obligacje korporacyjne firm pożyczkowych za kwotę w sumie ponad 600 mln zł. Ale ci akurat mogli liczyć się z tym, że mieszkają w Polsce. A tutaj nie znasz dnia ani godziny, kiedy ci zamkną biznes. Nie potrzebujemy koronawirusa – wykończymy się sami.

Temat jest rozwojowy i na pewno do niego wrócimy.


fot. premier.gov.pl