W ubiegłym roku na krakowskim Ruczaju miała miejsce nietypowa sytuacja. Uwagę policji przykuło auto, które poruszało się niezgodnie z zasadami ruchu. Kierowca, chcąc uniknąć odpowiedzialności, zaczął ucieczkę, łamiąc kolejne przepisy, m.in. przejeżdżając przez  skrzyżowanie na czerwonym świetle. Okazało się wtedy, że za kółkiem znajduje się 12- latek. Gdyby tego było mało, był on pod wpływem środków odurzających.

 

Do jeszcze bardziej abstrakcyjnej sytuacji doszło w stanie Utah znajdującym się na środkowym zachodzie Stanów Zjednoczonych. Dlaczego zdarzenie może bardziej szokować niż to, które miało miejsce w dawnej stolicy Polski? Tym razem kierowca miał… 5 lat i został złapany przez policję na autostradzie.

 

Jak doszło do tak absurdalnej sytuacji?

 

Jak podaje Fox News, dziecko prosiło matkę, aby ta kupiła mu Lamborghini. Kobieta odmówiła zachcianki syna. Ten postanowił ukraść kluczyki rodzicom i osobiście wybrać się po swoje wymarzone auto chcąc udać się do Kalifornii. Podejrzenie policji wzbudziła prędkość jadącego samochodu, która jak na ten rodzaj drogi była niska. Policja po zatrzymaniu dziecka skontaktowała się z jego rodziną, a przy bohaterze tego zdarzenia znaleziono 12 dolarów.

 

 

 

 

Źródło se.pl, o2.pl, Twitter/ @UTHigwayPatrol, Fox News

Fot: YouTube/ Utah Highway Patrol

Samochody niezależnie czy za kilka tysięcy, czy za kilkaset tysięcy, łączy jedna cecha – niedoskonałość kierowcy. Jeden malutki błąd i każdy samochód może nadawać się do kasacji. Jedyna różnica to taka, że zniszczenie tego droższego na pewno bardziej odczuje kieszeń. 

 

 

Czasem jednak sam wypadek nie jest na tyle poważny by samochód nie nadawał się do dalszego użytku. Czasem wystarczy lekka praca mechanika i można dalej jeździć po świecie. Tak na pewno byłoby w tym przypadku, gdzie jeden z droższych modeli BMW trafił na barierkę, prawdopodobnie na drodze ekspresowej.

 

Kierowca wezwał lawetę aby usunąć auto z drogi i móc zawieźć je do naprawy. Jednak coś po drodze poszło nie tak. Kierowca lawety przy wciąganiu auta na swój pojazd nie wziął pod uwagę pewnych ewentualności i zniszczył bak mający w środku benzynę, która natychmiast zaczęła się wylewać. Kierowca BMW przewidział co może się wydarzyć i pośpieszał pracownika pomocy drogowej aby szybko pociągnął auto tak aby nie znajdywało się tuż nad wylaną benzyną. Wtedy jednak wydarzyło się to…

 

 

Zobacz co się stało przy wciąganiu auta na lawetę w Polsce

Gepostet von Patryk Tomaszewski am Sonntag, 29. März 2020

 

 

Źródła:

Fot.: Pxfuel

fb/@tvpatryk

W ostatnich tygodniach nad Europą wiał groźny huragan Ciara. Teraz niebezpieczeństwo nadciągnęło też do Polski w posta i niżu Julia.

Huragan Ciara, w wyniku którego nad Europą wiały bardzo silne wiatry i padał mocny deszcz, utrudnił życie wielu ludzi. Szczególny problem mieli piloci, dla których powstawały trudności z lądowaniem samolotów. Liczne loty zostały opóźnione lub w ogóle odwołane. Silne wiatry spowodowały także wiele niebezpieczeństw w postaci zerwanych dachów i obalonych drzew.

 

Nad Polskę nadciągnęło teraz kolejne niebezpieczne zjawisko pogodowe. Niż Julia, a wraz z nim porywy wiatry, przekraczające nawet 100 km/h, dokonały wielu zniszczeń. Instytut Gospodarki i Meteorologii Wodnej wydał ostrzeżenie meteorologiczne drugiego stopnia szczególnie w południowej Polsce.

 

CZYTAJ TAKŻE: 9-latek był prześladowany w szkole. Uzyskał wsparcie sportowców i kibiców (WIDEO)

 

Chwile grozy zapanowały we Wrocławiu, gdy w wyniku silnego wiatru dachy zaczęły odrywać się do budynków. Pojawiły się przerwy w dostawie prądu i wody.

 

Z powodu chwilowego zaniku prądu na terenie miasta, urządzenia pompujące wodę do sieci przerwały pracę, co mogło poskutkować krótkotrwałym brakiem wody.
Około godz. 21.00 sytuacja powinna wrócić do normy, tzn. zostanie wyrównane ciśnienie wody w sieci miejskiej. Przypominamy, że Rządowe Centrum Bezpieczeństwa wydało alert pogodowy. Silny wiatr w nocy z 23/24.02 może powodować przerwy w dostawie prądu

 

-napisano na stronie MPWiK Wrocław na Facebooku.

 

CZYTAJ TAKŻE: Mama 4-latki założyła kamerę w pokoju córki. Gdy zobaczyła co ojciec robi z dzieckiem zareagowała od razu!

 

Według świadków zdarzenia najpierw rozległ się głośny huk, przypominający wielki wybuch pojazdu. Widzieli, jak dach zsuwa się z budynku i spada na auta.

 

 

Źródło: fakt.pl

To kolejne niepokojące doniesienia z naszego kontynentu. Chociaż cały świat żyje tematem rozprzestrzeniania się koronawirusa, a przy tym też sytuacją na północy Włoch, to jednak inne problemy z jakimi mierzyć muszą się przedstawiciele państw europejskich możliwe iż znów dają o sobie znać w wyjątkowo przykry sposób.

 

Do wstrząsających wydarzeń doszło w dniu dzisiejszym u naszych zachodnich sąsiadów. W niemieckim mieście Volkmarsen, kierujący samochodem marki mercedes wjechał w tłum ludzi zgromadzonych na ulicy w związku z organizowaniem i przejściem parady karnawałowej.

 

Na miejsce skierowane zostały służby. Jak podają miejscowe media, człowiek kierujący srebrnym mercedesem, który doprowadził do całego zdarzenia został zatrzymany przez funkcjonariuszy.

 

Choć na ten moment nie ma zbyt wielu dokładnych informacji dotyczących okoliczności tego dramatycznego zajścia, to jak podaje niemiecki „Bild” rannych zostało co najmniej 15 ludzi. Nie ma potwierdzenia na ten moment, czy mieliśmy do czynienia z celowym działaniem lub nawet atakiem terrorystyczny, czy był to jedynie wypadek.

 

Na miejsce przybyły zarówno siły policyjne, jak i też straż pożarna oraz karetki pogotowia. Przedstawiciele służb przekazali też, że musi zostać wezwany śmigłowiec medyczny.

 

AKTUALIZACJA 16:17: Zdaniem świadków, wśród poszkodowanych są również dzieci. Kierujący pojazdem wjechał w grupę ludzi z takim impetem, że zatrzymał się dopiero po przejechaniu około 30 metrów. Na miejscu działania prowadzić ma duża stosunkowo liczba funkcjonariuszy policji.

 

Czytaj też:

Chcą wywołać wojnę domową u naszych sąsiadów? Akcja służb i zaskakujące doniesienia

 

Źródło: „Bild” ; news.sky.com ; rp.pl ; Twitter/@BRNewsFlash

Kiedy myślimy o ikonie polskiej motoryzacji to bez wątpienia od lat przychodzi na myśl słynny już „maluch”, czyli Fiat 126p. Teraz pojawiają się pomysły dotyczące stworzenia polskiego Fiata w nowej wersji. O sprawie poinformował portal auto.wprost.pl.

 

Pewien polski projektant podzielił się wizją nowego „malucha”. Miałby być to nowoczesny, miejski i elektryczny pojazd.

 

Choć wiele osób może wątpić w powodzenie tego typu pomysłów, to portal auto.wprost.pl przypomina o takich przykładach na powodzenie tego typu reaktywacji jak volkswagenowski Beetl, Mini czy Fiat 500. Są to przypadki związane z jednymi z największych koncernów motoryzacyjnych na świecie.

 

Komputerowy projekt nowego „malucha” stworzył Piotr Czyżewski. Samochód ze swojej wizji nazwał on Fiat 126 p EV.

 

Celem mojego projektu było stworzenie małego elektrycznego auta. Nie był to projekt zamówiony przez żadnego klienta, po prostu chciałem stworzyć projekt małego miejskiego auta na prąd. Zastanawiałem się nad stylem auta, charakterem i doszedłem do wniosku że warto by reaktywować jakiś stary polski pojazd. „Maluszek” wydał mi się najlepszym wyborem – wyjaśnił Piotr Czyżewski w rozmowie z auto.wprost.pl. Jak twierdzi poświęcił na pracę nad tym projektem ponad 4 miesiące.

 

Chociaż w projekcie można dostrzec nawiązania przywołujące wspomnienia związane z legendarnym „maluchem”, to oczywiście taki elektryczny Fiat miałby nowoczesne wizualne zmiany zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz.

 

Oczywiście. że projekt musiał być też nowoczesny. Dlatego kształt lamp i świateł jest inny, brakuje również takich rzeczy jak wloty powietrza na bokach przy tylnej części auta ze względu na to, że auto jest elektrykiem – powiedział autor projektu.

 

Poniżej prezentujemy przygotowany przez Piotra Czyżewskiego projekt Fiata 126 p EV udostępniony na portalu auto.wprost.pl:

 

 

 

 

 

 

 

Źródło: Piotr Czyżewski ; auto.wprost.pl

 

 

O wypadkach drogowych i tym jak ważne jest skupienie oraz poważne traktowanie przepisów przypomina się bardzo często w kampaniach społecznych. Na to jak tragiczne w skutkach może okazać się nawet chwilowa nieuwaga w ruchu drogowym przypomina też niejednokrotnie policja. Niektóre sytuacje za kierownicą jednak ciężko przewidzieć, a zdarza się, że do zderzenia dochodzi nie tylko z innym pojazdem.

 

Zdarza się, że do wypadków dochodzi w wyniku nagłego wyskoczenia na drogę dzikich zwierząt. Tak też było w tym przypadku, a po wszystkim opublikowano w sieci nagranie ku przestrodze. Jak widać czujność należy zachowywać nawet na drogach w okolicach lasów i terenów, gdzie spotkanie ze zwierzęciem może zdarzyć się w każdej chwili.

 

Po jednym z takich „spotkań” auta z łosiem opublikowano film w internecie, na którym widać skutki zderzenia ze zwierzęciem. Zdarzenie miało miejsce w rejonie jednego z lasów na Lubelszczyźnie. Według pojawiających się w internecie doniesień kierowca samochodu przeżył, jednak musiał trafić do szpitala.

 

 

 

Źródło: Twitter/@stumbras3

Fot.: Pixinio

Do tragicznych wydarzeń doszło na jednej ulic w centrum stolicy Niemiec. Jak przekazały lokalne media, rozpędzony samochód marki porsche wjechał w grupkę pieszych. Niestety zginęło kilka osób, a wśród nich kilkuletnie dziecko.

 

Jak poinformowano na łamach „Berliner Zeitung”, kierowcą samochodu okazał się być 42-letni Brytyjczyk. Niestety w wyniku staranowania kierowanym przez niego porsche ludzi na chodniku, życie straciły cztery osoby: 28-letni obywatel Hiszpanii, 29-latek z Wielkiej Brytanii oraz 64-letnia Niemka i jej 3-letni wnuk. Dodatkowo z poważnymi obrażeniami do szpitala trafić miało pięć innych osób.

 

W sprawie tej tragedii pojawiają się kolejne informacje w niemieckich mediach. „Berliner Zeitung” podał, iż w kierowanym przez 42-letniego Brytyjczyka porsche znajdowała się też jego żona, która pochodzi z Polski, a także ich syn, który siedział na tylnym siedzeniu. Cała trójka trafiła z ciężkimi obrażeniami do szpitala.

 

W miejscu zdarzenia miały nie zostać zidentyfikowane ślady hamowania. Jak na razie, bardzo prawdopodobna jest jednak wersja, że doszło w tym przypadku do tragicznego w skutkach wypadku, do którego jak podaje lokalna policja mogła przyczynić się choroba, na którą cierpiał kierowca porsche. Inna wersja mówi natomiast o wadzie technicznej pojazdu, którą sugerować na nagranie, na którym zarejestrowano migotanie świateł stop samochodu.

 

Wstępne ustalenia sugerują, że przyczyną wypadku były problemy zdrowotne kierowcy. Na razie nie ma oznak celowego działania, ale badamy wszystkie tropy – poinformowała niemiecka policja niedługo po zdarzeniu.

 

 

Źródło: Berliner Zeitung ; o2.pl

Fot.: Max Pixel

Jak informuje TVP Info, na skrzyżowaniu ulicy Hożej i Poznańskiej w samym centrum Warszawy, jeden z kierowców wpadł na pomysł zaparkowania swojego samochodu… na dwóch przejściach dla pieszych.

 

„Skoro sąd uznał, że jazda bez prawka, bez badań technicznych, potrącenie człowieka to czyny niekaralne, więc co się elita będzie ograniczać przepisami?” – skomentował czytelnik, podsyłając materiały z miejsca zdarzenia. Kierowcą okazał się być Piotr Najsztub, polski dziennikarz i publicysta.

 

Tak zaparkowana Honda Jazz utrudniała ruch nie tylko poruszającym się po zebrach pieszym, ale również innym kierowcom, którzy musieli ominąć pojazd. TVP Info usiłowało dotrzeć do właściciela auta i zapytać o komentarz w tej sprawie – ten jednak odmówił odpowiedzi.

 

5 października 2017 Najsztub brał udział w wypadku samochodowym, w którym na pasach ucierpiała 77-letnia kobieta, gdzie z połamanymi żebrami i kością czaszki trafiła do szpitala. Dziennikarz nie miał wtedy ani prawda jazdy, ani ważnego OC, ani ważnego przeglądu samochodu. Nie przyznał się także do zarzucanych mu czynów Jak ustalił ów kanał informacyjny, sprawca wypadku odzyskał prawo jazdy w 2018 roku, a 18 czerwca br. został uniewinniony.

 

Najsztub otrzymał jedynie karę grzywny w wysokości w wysokości 6 tys. złotych, 10 tys. złotych odszkodowania dla nieżyjącej już kobiety oraz 6 tys. złotych kosztów sądowych. W dniu uniewinnienia dziennikarza uznano, iż mężczyzna zachował należytą ostrożność i poruszał się z prędkością 20 km/h.

 

– Pani wyszła ze szpitala po kilku dniach. Jechałem ok. 20 km/h, padał deszcz, pasy były niedoświetlone, nie miałem szans zahamować. Czuję teraz spokój. Oczywiście przejechanie kogokolwiek będzie czynnością dla kierowcy, którą będzie się długo pamiętać. Ja odtwarzałem tę sytuację przez kilka następnych miesięcy – opowiadał w TVN.

 

 

 

 

Źródło, fot.: tvp.info
EM

 

 

Ta historia pozostawia za sobą wiele niewyjaśnionych pytań. Jednego z upalnych dni, jak co dzień mężczyzna udał się do miejsca swojej pracy. Zapomniał jednak, że tym razem towarzyszyła mu dwójka jego dzieci – roczny chłopiec i dziewczynka. Bliźnięta umierały w męczarniach w pozostawionym na 8 godzin rozgrzanym samochodzie.

 

Jak informuje „The Daily News”, mężczyzna zapomniał, iż w fotelikach na tylnej kanapie siedziała dwójka jego dzieci. Do tego stopnia, że po godzinie 16, jak gdyby nigdy nic ojciec maluchów odpalił samochód i ruszył w drogę powrotną do domu.

 

Dopiero po chwili dotarło do niego, co tak naprawdę się wydarzyło. Przerażony wyskoczył z auta i zaczął krzyczeć. Zaniepokojeni świadkowie natychmiast wezwali policję, która na miejscu stwierdziła zgon bliźniąt. W domu pozostał już tylko ich 4-letni braciszek.

 

Jeszcze w czerwcu rodzina hucznie świętowała pierwsze urodziny swoich pociech. Z tej okazji urządzono wielką imprezę w ogrodzie. Małżeństwo nigdy nie zostawiało bez opieki trójki swoich dzieci.

 

Każdego lata dziesiątki rodziców zapomina o pozostawionych w swoim samochodzie dzieciach. Nawet 15 minut spędzonych w rozgrzanym aucie może stanowić zagrożenie dla ich życia. Przy temperaturze ciała 40 stopni Celsjusza ich narządy wewnętrzne przestają funkcjonować. Przy temperaturze ok. 41,5 stopni dziecko umiera. KONIECZNIE obejrzyj to krótkie nagranie – nie przechodźmy obok takiego widoku obojętnie!

 

 

Źródło: rmf24.pl
Fot.: YouTube – Rm Ma
EM