Do niepokojącej sytuacji doszło po tym, jak służby lotniska otrzymały alarmującą informację od załogi samolotu linii LOT zmierzającego do Polski. Zdarzenie miało miejsce na terenie lotniska Chopina w Warszawie. Potrzebna była odpowiednia interwencja. Doniesienia na ten temat przekazał wieczorem portal rmf24.pl.

 

Na lotnisko dotarła informacja, że na pokładzie zbliżającego się do stolicy Polski samolotu doszło do wydarzeń, które zaniepokoiły członków załogi. Jeden z pasażerów przejawiał bowiem zachowania typowe dla ludzi przeziębionych. Było to szczególnie niepokojące ze względu na to czym obecnie żyją media w Polsce i na świecie, a mowa tu o nowym koronawirusie. Trzeba zaznaczyć, że samolot leciał właśnie ze stolicy Chin- Pekinu.

 

Służby na lotnisku zostały zaalarmowane i podjęto odpowiednie działania oraz zachowano środki ostrożności. Po wylądowaniu, na pokład maszyny wkroczyli lotniskowi medycy. Nieopodal samolotu zatrzymała się natomiast karetka, którą przetransportowano chorego człowieka do szpitala na obserwację.

 

Jak przekazał portal rmf24.pl, u pacjenta zarażenie koronawirusem miało zostać na szczęście wykluczone jeszcze w ambulatorium. Innym podróżnym, którzy również lecieli tym samym samolotem, pozwolono opuścić pokład, jednak na wszelki wypadek wzięto od nich dane osobowe.

 

 

Źródło: rmf24.pl

Fot.: Wikimedia Commons

 

 

 

 

 

Do łódzkiego pogotowia późnym wtorkowym wieczorem zgłosiła się kobieta z silnymi objawami grypopodobnymi oraz wysoką gorączką. Kobieta wróciła niedawno z Chin. Istnieje bardzo mocne podejrzenie zarażenia koronawirusem.

Pacjentka od razu trafiła na oddział zakaźny Wojewódzkiego Specjalistycznego Szpitala im. dr. Wł. Biegańskiego. Została przy tym oddzielona od innych pacjentów. Jak podaje lokalna TVP,  łódzki hotel, w którym przebywała podróżna został objęty kwarantanną.

Ministerstwo Zdrowia zaleca, by osoby, które w ciągu ostatnich 14 dni były w Chinach lub miały kontakt z osobą, która stamtąd wróciła, a mają takie objawy jak: temperatura powyżej 38 stopni, kaszel i duszność – zgłosiły się do najbliższego szpitalnego oddziału chorób zakaźnych.

 

Epidemia koronawirusa rozprzestrzeniła się w Chinach, ale dotarła już do Europy i USA. Zabiła około 100 osób, a kilka tysięcy poddała ciężkim obrażeniom.

 

dorzeczy.pl/Red/Fot. YouTube

 

Dzieci z podejrzeniem koronawirusa zostały przetransportowane do jednego ze szpitali na południu naszego kraju. Pojawiające się w mediach informacje na ten temat mogły zaniepokoić dużo ludzi w czasie, kiedy cały świat z obawami spogląda na to co dzieje się na świecie w kwestii rozprzestrzeniania się tego nowego niebezpiecznego wirusa, którego źródło znajdować ma się w chińskim Wuhan.

 

O tym, że w jednej z placówek znalazły się młode osoby, które mogły zarazić się koronawirusem poinformowała krakowska „Gazeta Wyborcza”. To właśnie do znajdującego się w Krakowie szpitala im. Stefana Żeromskiego trafiła dwójka dzieci po przylocie do Polski.

 

Były one wraz z rodzicami w ostatnich dniach na wczasach. Powracając do ojczyzny, ludzie ci przesiadali się w Pekinie. Po powrocie do rodzinnego Śląska dzieci źle się poczuły w związku z czym podjęto decyzję o hospitalizacji. Zostały one jednak przewiezione na obserwację do Krakowa, ponieważ śląskie szpitale mają zdaniem „GW” nie dysponować oddziałami zakaźnymi dla tak młodych ludzi.

 

Najprawdopodobniej jednak, możemy być spokojni zarówno o zdrowie dzieci, jak i o brak zachorowań na nową chorobę w naszym kraju. Dwójka dzieci będących w krakowskim szpitalu pod obserwacją, prawdopodobnie opuści szpital już we wtorek lub środę, ponieważ nie potwierdzono, że dzieci zaraziły się śmiertelnym koronawirusem.

 

– Miały objawy zakażenia górnych dróg oddechowych. Ale ani wywiad medyczny, ani przebieg choroby nie potwierdzają, że mamy do czynienia ze śmiertelnym koronawirusem z Chin.

– powiedział w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” dyrektor szpitala Jerzy Friediger.

 

Niestety jednak, przypadki zachorowań na koronawirus z Chin, zidentyfikowano już nie tylko w Azji, ale też w Europie, Stanach Zjednoczonych i Australii.

 

 

Źródło: krakow.wyborcza.pl ; doRzeczy.pl

Fot.: Flickr

Nagranie pochodzi ze szpitala w Wuhan – chińskiej miejscowości, gdzie wybuchła straszna epidemia koronawirusa. 

Filmik opublikowała pielęgniarka. Według kobiety, chorych jest więcej, niż podają władze (według oficjalnych statystyk na koronawirusa zmarło w Chinach 80 osób, a zarażonych jest niecałe trzy tysiące).

 

 

Koronawirusa wykryto na targu owoców morza w Wuhan, gdzie nielegalnie sprzedawano dzikie gatunki. Ustalono, że ofiara śmiertelna wirusa, którego występowanie stwierdzono po raz pierwszy w grudniu ub. r., regularnie dokonywała zakupów na miejscowym targu owoców morza.

Wirus szaleje nie tylko w Azji. Dostał się również do USA i Europy.

Twitter/Red/Fot. YouTube screen

W Chinach doszło do powstania i rozprzestrzenienia się bardzo groźnego koronawirusa, który zabił już kilkadziesiąt osób. Polscy studenci, którzy wrócili do naszego kraju z „Państwa Środka”, zostali natychmiast przewiezieni do szpitala.

Koronawirusa wykryto na targu owoców morza w Wuhan, gdzie nielegalnie sprzedawano dzikie gatunki. Ustalono, że ofiara śmiertelna wirusa, którego występowanie stwierdzono po raz pierwszy w grudniu ub. r., regularnie dokonywała zakupów na miejscowym targu owoców morza.

Wirus wydostał się poza terytorium „Państwa Środka”. W wyniku epidemii w Chinach zmarło 56 osób (dane wciąż się zmieniają) a na całym świecie zakażonych jest ponad 2000 osób.

Niebezpiecznie może być także w Polsce. Jak podaje Główny Inspektorat Sanitarny, grupa polskich studentów, która w sobotę wróciła do kraju z Wuhan, została profilaktycznie skierowana na obserwację w szpitalu specjalistycznym.

Zgodnie z przyjętymi procedurami wszyscy przylatujący z Chin i innych krajów Azji do Polski poddawani są bieżącej weryfikacji pod kątem stanu zdrowia i wypełniają dokumenty pozwalające na ich lokalizację w ciągu najbliższych 2 tygodni.

Powtórna weryfikacja stanu zdrowia, zgodnie z przyjętymi procedurami, odbyła się już na lotnisku F. Chopina w Warszawie. Profilaktycznie cała grupa została skierowana na obserwację w szpitalu specjalistycznym

– zakomunikował GIS

 

wp.pl/Red/Fot YouTube

Koronawirus (2019-nCoV), który rozprzestrzenia się na Dalekim Wschodzie stwarza coraz większe zagrożenie dla ludzi. Z jego powodu zablokowane zostało 11-milonowe chińskie miasto Wuhan oraz Huanggang liczące blisko 6 milionów mieszkańców. Z powodu choroby wirusa odwołany też został Chinski Nowy Rok w Pekinie.

 

Od kilku dni wśród ludności na Dalekim Wschodzie pojawia się coraz większe zaniepokojenie z powodu rozprzestrzeniania się śmiertelnego koronawirusa (2019-nCoV). Przypadki zakażanie tą chorobą są notowane głównie w Chinach, gdzie wszystko się zaczęło jednak nie tylko. Wiadomo, że koronawirus wystąpił też na Tajwanie, w Tajlandii, Japonii, Korei Północnej, Australii i nawet USA. O chorobie tej wiadomo niewiele. Przenosi się ona z człowieka na człowieka, okres jej wylęgania wynosi około tygodnia i może wywołać niebezpieczne zapalenie płuc.

 

Z tego powodu w mieście Wuhan wstrzymano zupełnie transport publiczny. Zamknięto także lotnisko. Odwoływane są również różne publiczne wydarzenia. Ludzie starają się kupować w dużych ilościach żywność oraz benzynę. Podobnie sprawa prezentuje się w mieście Huanggang, które znajduje się w okolicy Wuhan.

 

W związku z rozprzestrzeniającym się koronawirusem, na który nie ma na razie lekarstwa odowłano publiczne obchody Chińskiego Nowego Roku w Pekinie, Hongkongu i Makau.

 

Jak na razie wiadomo, że z powodu tej choroby śmierć poniosło 17 osób natomiast minimum kilkaset zostało zakażonych.

 

Źródła: Facebook KiKŚ –Konflikty i katastrofy światowe, kopalniawiedzy.pl

Foto: Facebook KiKŚ –Konflikty i katastrofy światowe

Nie od dziś wiadomo, że reklama jest dźwignią handu. Wiadomo również, że zawsze znajdą się osoby, które zrobią wszystko, aby sprzedać swój produkt. 

Taki właśnie przypadek miał miejsce w Chinach, gdzie w miejscowości Chongqing, park rozrywki postanowił zareklamować swą nową atrakcję – skok na bungee. Metoda, którą się posłużono, była wyjątkowo okrutna.

Dwóch mężczyzn wniosło przerażoną świnię na 68-metrową wieżę, przyczepiło ją do liny, a następnie zepchnęło z dużej wysokości.

Akcja spotkała się z falą krytyki w Internecie. Niedługo potem park rozrywki postanowił skomentować sprawę.

Przyjmujemy zarówno krytykę, jak i porady i przepraszamy opinię publiczną. Zapewniamy, że ulepszymy nasze usługi marketing

–  napisano w oświadczeniu

Jak zauważa znana stacja BBC, znęcanie się nad zwierzętami nie jest karane w Chinach….

 

polsatnews.pl/Red/Fot. YouTube

 

 

 

 

Zdaniem ekspertów od bezpieczeństwa, położenie geograficzne naszego kraju dodatkowo determinuje fakt, że przez tereny Polski przebiegała spora liczba tras przemytu narkotyków, a przedstawiciele międzynarodowych mafii mogą w dalszym ciągu starać się wykorzystać tę część Europy do swoich nielegalnych interesów. Potwierdza to m.in. niedawna, głośna w mediach sprawa udaremnienia przemytu kilku ton narkotyków, które przybywały do Polski z Południowej Ameryki, a w ich przemyt zaangażowany miał być słynny kartel z Medellín. Jak się jednak okazuje, nie tylko słynne organizacje mafijne z południowoamerykańskich państw starały się realizować interesy we współpracy z polskimi gangsterami. Jak podał portal rmf24.pl, według ustaleń ich dziennikarzy, na terenie naszego kraju działania prowadzić miała inna znana przestępcza organizacja z innego odległego kraju.

 

Według reporterów radia RMF FM, w Polsce swoich ludzi miała posiadać słynna mafijna organizacja chińska, jaką jest Sun Yee On. Ma to być największa tzw. chińska triada, a zarazem najpopularniejsza organizacja mafijna z Chińskiej Republiki Ludowej.

 

W toku prowadzonego w tej sprawie śledztwa, przewijać mają się nazwiska zarówno polskich, jak i chińskich przestępców, a wśród nich również Tse Chi-Lopa, urodzonego w Kanadzie znanego chińskiego mafiozy, który w opinii śledczych zajmujących się jego osobą, odpowiada za realizację przestępczego międzynarodowego biznesu na podobnym poziomie co znany meksykański boss El Chapo. W procederze uczestniczyły też jednak osoby z innych państw.

 

Sprawą zajęło się Centralne Biuro Śledcze Policji w Bielsko-Białej po otrzymaniu informacji od strony australijskiej, bowiem to właśnie na terenie województwa śląskiego skupiać się miała działalność „macek” chińskiej triady w Polsce. Jak podaje RMF FM, w ramach prowadzonego przez Śląski Wydział Zamiejscowy Prokuratury Krajowej śledztwa ustalono, że w naszym kraju brały udział w gangsterskim biznesie, opartym o chińskie struktury mafijne, takie osoby jak Tomasz N., Igor D. i Czesław M. Zamieszany w sprawę ma być również obywatel Czech Zbigniew M., a także inni ludzie działający m.in. na terenie Holandii, Wielkiej Brytanii czy Chin, których nazwisk jeszcze nie ustalono.

 

Sprawa dotyczy przemytu setek kilogramów narkotyków. Były one transportowane przez nasz kraj oraz tereny innych europejskich państw do Holandii oraz Australii, a także docierały do Europy z Kolumbii. Nad wszystkim czuwać miała właśnie słynna triada Sun Yee On, która współpracę ze swoimi polskimi przedstawicielami nawiązała, gdy ci spędzali wakacje na Filipinach. Miało to miejsce w październiku 2014 roku, kiedy 23-letni wówczas Igor D. i 29-letni Tomasz N. uzgodnili szczegóły początków wspólnych działań z chińską mafią. Pierwszy z nich w tej działalności odpowiadał za logistykę, zaś drugi pełnił rolę łącznika w kontaktach z dalekowschodnimi mocodawcami. Sprawami technicznymi, związanymi przykładowo z ukrywaniem przemycanych narkotyków w pojazdach, zajmował się natomiast Czech Zbigniew M.

 

O upadku całej sieci przestępczej przesądziły zapewne kolejne wpadki jakie zdarzały się przy transportowaniu narkotyków oraz mające przy ich okazji zatrzymania. Wciąż poszukiwany jest jednak wspomniany szef Sun Yee On, który ścigany jest przez aż 20 agencji azjatyckich, europejskich, a także południowoamerykańskich w ramach operacji o kryptonimie „Kungur”.

 

Fakt, że osoby kierujące słynną chińską przestępczą organizacją nawiązują kontakty międzynarodowe nie jest czymś nadzwyczajnym. Współpracują oni też bowiem m.in. z australijskimi gangami motocyklowymi, gangsterami w Ameryce Południowej, a także japońską Yakuzą.

 

W Polsce zakończyło się jednak już śledztwo dotyczące polskiej odnogi chińskiej mafii. W akcie oskarżenia prokuratura wnioskuje o to, aby Czesław M. odpowiedział za trzy, Tomasz N. za sześć, a Igor D. za aż dwanaście zarzutów. Polscy śledczy zdaniem RMF FM, mieli jednak nie zdołać ustalić, kto kierował tą grupą przestępczą podlegającą chińskim mafiozom.

 

Do Kanady został jednak skierowany w trakcie śledztwa wniosek w sprawie udzielenia międzynarodowej pomocy prawnej, która ma przysłużyć się potwierdzeniu personaliów jednego z najbardziej poszukiwanych na świecie mafiozów- wspomnianego Tse Chi-Lopa, szefa słynnej chińskiej triady.

 

 

 

Źródło: rmf24.pl ; onet.pl

Fot.: Pixabay

 

 

 

 

 

Made in China – wyprodukowane w Chinach. Taki napis widnieje na wielu przedmiotach znajdujących się w Polsce. Ten zwrot za niedługo może też widnieć na dzieciach. To właśnie w Chinach pod wpływem nieetycznych lekarskich eksperymentów na świat zaczęły przychodzić dzieci modyfikowane genetycznie.

 

Już w listopadzie 2018 r. świat mógł się dowiedzieć o pierwszych dzieciach z edytowanym genomem. Na świat przyszły bliźnięta, którym nadano imiona Nana oraz Lulu, a ich ojcem miał być jeden z wolontariuszy, który zgłosił się do eksperymentu i posiadał wirus HIV. Celem naukowców bowiem było na etapie płodowym usuniecie genu CCR5, co miałoby zapewnić odporność na wirusa HIV. W zasadzie dużo więcej o tych dzieciach nie można było się dowiedzieć. Nie tak dawno natomiast wyszło na jaw, że nie były to jedyne dzieci poddane takim modyfikacjom. Okazało się, iż urodzone zostało trzecie dziecko GMO. O jego stanie jednak zupełnie nic nie wiadomo.

 

Znany natomiast jest los lekarza odpowiadającego za wspomniane eksperymenty. Hi Jankui z Południowego Uniwersytetu Nauki i Technologii w Shenzhen skazany został na 3 lata więzienia oraz grzywnę w wysokości 430 tys. dolarów. Jego współpracownicy dostali natomiast wyroki w zawieszeniu i po 143 tys. oraz 72 tys. dolarów grzywny. Jak twierdzili naukowcy odpowiadający za te eksperymenty robili oni to wszystko tylko dla sławy i bogactwa. Cała ta sytuacja pokazuje, że etyka w świecie nauki jest już coraz mniej znacząca.

Źródła: Onet, Interia, Gazeta.pl

Foto: wikipedia