Europejskie państwa nie były przygotowane na rozprzestrzenienie się wirusa na taką skalę. Jeszcze na początku roku same wysyłały pomoc do Chin, które w zasadzie jako jedyne dotknięte były wówczas epidemią. Jak się okazuje, był to wielki błąd.

 

 

Państwa Starego Kontynentu znalazły się według oficjalnych danych w dużo gorszej sytuacji aniżeli azjatycki gigant. Najludniejsze państwo świata, ale także Federacja Rosyjska chcąc okazać solidarność i pomoc Włochom oraz Hiszpanom, wysłały do tych państw maseczki czy testy na obecność COVID-19. Jak się jednak okazało, coś z owym sprzętem było nie tak. Więcej o tym można przeczytać tutaj.

 

 

Wydawałoby się jednak, że jeżeli sami zamówimy i zapłacimy za sprzęt z Chin, to jego jakość nie będzie wątpliwa. Inne informacje dobiegają jednak z Wielkiej Brytanii, która zamówiła ponad 17,5 miliona testów być może nie będzie mogła użyć żadnego z nich.

 

 

Premier Boris Johnson, który sam jest w ciężkim stanie o czym pisaliśmy TUTAJ, jakiś czas temu twierdził że owe testy mogą być punktem zwrotnym w walce z wirusem. Matt Hancock – sekretarz ds. służby zdrowia i opieki społecznej Wielkiej Brytanii, jeszcze 4 dni temu mówił, że za niedługo przeprowadzanych na Wyspach będzie 100 000 testów dziennie. Dziś te założenia są już chyba nieaktualne, gdyż ta sama osoba twierdzi, że żaden z milionów testów nie działa wystarczająco dobrze. Pomimo, że chińscy producenci zarzekali się iż testy mają ponad 90% skuteczności, to brytyjscy oficjele mówią tylko o 50-60% skuteczności przy lekkich objawach wirusa. Sam Matt Hancock stwierdził zaś, że „brak testu jest lepszy niż test przekłamany”. Oznacza to, że Wielka Brytania będzie musiała szukać nowego rozwiązania w walce z wirusem.

 

 

 

Źródła:

Fot.: Wikipedia

https://www.independent.co.uk/news/uk/home-news/coronavirus-test-antibody-kit-uk-china-nhs-matt-hancock-a9449816.html?utm_source=reddit.com

https://www.theguardian.com/world/2020/apr/05/coronavirus-testing-kits-could-be-unreliable-uk-scientists-say

Media oraz społeczeństwa na świecie, nadal żyją w dużej mierze tematem pandemii koronawirusa oraz opierania się jej skutkom zdrowotnym i ekonomicznym. Pocieszający jest fakt, że w wielu europejskich krajach sytuacja wygląda na coraz bardziej opanowaną. Niestety, docierają też smutne, a nawet wstrząsające doniesienia wiążące się również z tematem pandemii. Tragiczne wieści przekazał jeden z reprezentantów Polski w piłce nożnej- Grzegorz Krychowiak.

 

Według informacji udostępnionej na twitterowym profilu polskiego piłkarza, w dramatycznych okolicznościach zmarł doktor Bernard Gonzalez, znany w piłkarskim środowisku we Francji lekarz sportowy, pracujący przez lata w klubie Stade de Reims. W zespole tym, Grzegorz Krychowiak występował w latach 2012-2014.

 

W tle całej sprawy pojawia się temat pandemii słynnego już wirusa z Wuhan. Śmierć 60-latka nastąpić miała w niedzielny wieczór. Według doniesień jakie pojawiły się we francuskich mediach, lekarz odebrał sobie życie. Wpływ na tak dramatyczną decyzję o zakończeniu własnej egzystencji mieć miał fakt zakażenia się koronawrisuem. Przeprowadzony test na jego obecność, miał dać wcześniej niestety wynik pozytywny u doktora Bernarda Gonzaleza.

 

Według informacji przekazanych przez dziennikarzy „L’Equipe”, 60-letni doktor zostawić miał napisany przed śmiercią list pożegnalny, potwierdzający iż w desperacji samemu targnął się na swoje życie. Treść tego co zapisał zgadza się również z teorią, że do dramatu przyczynił się fakt zarażenia koronawirusem.

 

W swoim liście, Bernard Gonzalez napisać miał, że zmagania z zaistniałą sytuacją wynikającą z zakażenia są ponad jego siły.

 

 

 

W jednym ze swoich wpisów na Instagramie, Grzegorz Krychowiak apelował natomiast o przestrzeganie obostrzeń, z którymi mamy do czynienia w czasie pandemii i zachęcał do tego, aby nie opuszczać bez poważnej konieczności miejsca zamieszkania.

 

 

 

Źródło: chillizet.pl ; Twitter/@StadeDeReims ; Instagram/grzegorz.krychowiak

Fot.: Wikimedia Commons

Choć czasy są wyjątkowe na tle ostatniego dziesięciolecia, ponieważ cały świat zmaga się z zagrożeniami jakie niesie ze sobą rozprzestrzenianie się koronawirusa, to jednak w międzynarodowej polityce następują zmiany, które mogą być bardzo ciekawe dla osób interesujących się geopolityką i układem sił na świecie. Do przemian tego typu z pewnością zaliczyć można dołączenie kolejnego państwa do Sojuszu Północnoatlantyckiego.

 

Warto mieć na uwadze, że przystąpienie tego kraju do NATO było poprzedzone długą i można ocenić też, że niełatwą drogą wymagającą pewnych zmian.

 

Witamy Macedonię Północną w NATO. To była długa droga, ale wszystkie wasze wysiłki się opłaciły. Formalny proces akcesyjny dobiegł końca i cieszymy się, że 30. członek Sojuszu jest z nami

– zakomunikował za pośrednictwem Twittera sekretarz generalny sojuszu Jens Stoltenberg.

 

Trudny proces przygotowań do wstąpienia w szeregi NATO wiązał się z trwającym przez około 30 lat spór z Grecją o nazwę kraju. Staniem strony greckiej, władze państwa ze stolicą w Skopje niesłusznie roszczyły sobie prawa do nazwy „Macedonia”, choć jest to określenie historycznej części dziedzictwa kulturowego Grecji. Stąd też władze w Atenach blokowały przez lata możliwość przystąpienia do NATO tego kraju.

 

Wraz z podejmowaniem działań wiążących się ze zmienianiem nazwy kraju, wielu Macedończyków uczestniczyło w zamieszkach na ulicach. Ostatecznie jednak, kraj przyjął nową nazwę- Macedonia Północna.

 

Finalnie, państwo to stało się członkiem NATO po złożeniu stosownego dokumentu w Departamencie Stanu oraz ratyfikacji protokołu dokonanej przez wszystkie państwa członkowskie, w tym również blokującą wcześniej tę decyzję Grecję.

 

Macedonia Północna stała się teraz częścią rodziny NATO, rodziny trzydziestu narodów i prawie miliarda ludzi, rodziny opartej na pewności, że bez względu na stojące przed nami wyzwania, wszyscy razem jesteśmy silniejsi i bezpieczniejsi

– stwierdził w opublikowanym wpisie Jens Stoltenberg.

 

 

Źródło: Twitter/@jensstoltenberg ; Wprost.pl

Fot.: Flickr

Netflix – bo o nim mowa, to największa na świecie wypożyczalnia filmów i seriali. W ostatnich miesiącach zyskał on dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy klientów w Polsce, a miliony na całym świecie. Serwis ten stał się dla wielu ludzi czymś ważniejszym i częściej używanym niż Facebook czy YouTube. 

 

 

Wydawać by się mogło, że COVID-19 nie spowoduje u amerykańskiego giganta, a wręcz przyniesie mu zyski, jako że część ludzi będzie przesiadywała coraz więcej czasu przed telewizorem czy komputerem. I rzeczywiście tak się stało, jednakże nie oznacza to braku problemów. W ostatnich dniach pojawiła się niezwykle ciekawa prośba w kierunku Netflixa. Wystosował ją komisarz UE Thierry Breton, odpowiedzialny za rynek wewnętrzny Wspólnoty. W środę i czwartek doszło nawet do spotkań wyżej wspomnianego komisarza, z CEO Netflixa Reed’em Hastings’em, podczas których przedstawiciel Unii prosił Hastings’a o ograniczenie działania Netflixa i obniżenie jakości filmów oferowanych przez platformę. Wszystko przez obawy o działanie wirtualnej sieci.

 

 

Prośba została wysłuchana, a podobne kroki podjęła platforma YouTube, która zmieniła domyślne ustawienia filmów w Europie na jakość SD. W obu przypadkach zmiany te zostały póki co wprowadzone na 30 najbliższych dni.

 

 

Może być jednak niepokojące, że nawet organy UE muszą wkraczać do akcji i prosić internetowych gigantów o ograniczenie działania w obawie o to iż europejska sieć nie wytrzyma nagłego wzrostu internautów z powodu kwarantanny w krajach europejskich.

 

 

Możemy się tylko domyślać, że ilość osób korzystających często z internetu, będzie się w najbliższym czasie zwiększać. Miejmy nadzieję, że nie spowoduje to przeciążenia europejskich serwerów i odcięcia Europejczyków od reszty świata, a przede wszystkim od ważnych źródeł informacji.

 

 

Źródło:

https://edition.cnn.com/2020/03/19/tech/netflix-internet-overload-eu/index.html

https://techcrunch.com/2020/03/20/youtube-goes-sd-streaming-by-default-in-europe-due-to-covid-19/

To kolejne niepokojące doniesienia z naszego kontynentu. Chociaż cały świat żyje tematem rozprzestrzeniania się koronawirusa, a przy tym też sytuacją na północy Włoch, to jednak inne problemy z jakimi mierzyć muszą się przedstawiciele państw europejskich możliwe iż znów dają o sobie znać w wyjątkowo przykry sposób.

 

Do wstrząsających wydarzeń doszło w dniu dzisiejszym u naszych zachodnich sąsiadów. W niemieckim mieście Volkmarsen, kierujący samochodem marki mercedes wjechał w tłum ludzi zgromadzonych na ulicy w związku z organizowaniem i przejściem parady karnawałowej.

 

Na miejsce skierowane zostały służby. Jak podają miejscowe media, człowiek kierujący srebrnym mercedesem, który doprowadził do całego zdarzenia został zatrzymany przez funkcjonariuszy.

 

Choć na ten moment nie ma zbyt wielu dokładnych informacji dotyczących okoliczności tego dramatycznego zajścia, to jak podaje niemiecki „Bild” rannych zostało co najmniej 15 ludzi. Nie ma potwierdzenia na ten moment, czy mieliśmy do czynienia z celowym działaniem lub nawet atakiem terrorystyczny, czy był to jedynie wypadek.

 

Na miejsce przybyły zarówno siły policyjne, jak i też straż pożarna oraz karetki pogotowia. Przedstawiciele służb przekazali też, że musi zostać wezwany śmigłowiec medyczny.

 

AKTUALIZACJA 16:17: Zdaniem świadków, wśród poszkodowanych są również dzieci. Kierujący pojazdem wjechał w grupę ludzi z takim impetem, że zatrzymał się dopiero po przejechaniu około 30 metrów. Na miejscu działania prowadzić ma duża stosunkowo liczba funkcjonariuszy policji.

 

Czytaj też:

Chcą wywołać wojnę domową u naszych sąsiadów? Akcja służb i zaskakujące doniesienia

 

Źródło: „Bild” ; news.sky.com ; rp.pl ; Twitter/@BRNewsFlash

Medialne doniesienia jakie pojawiły się przy okazji tej akcji służb mogły wywołać niepokój wśród wielu przedstawicieli społeczeństwa u naszych zachodnich sąsiadów. Czy możliwe jest, że w Niemczech chciano w ostatnim czasie wywołać prawdziwą wojnę domową? W sprawie tej funkcjonariusze zatrzymali grupę podejrzanych, a w mediach pojawiają się informacje, które mogą niektórych szokować.

 

Niemieckie służby zatrzymały grupę mężczyzn, którzy według informacji podawanych przez tamtejszych dziennikarzy, planować mieli serie ataków terrorystycznych, które mogły skutkować akcjami odwetowymi, zamieszkami, a w konsekwencji nawet wojną domową. To właśnie miało być celem rozpracowanej grupy uznawanej przez miejscowe służby za strukturę terrorystyczną.

 

Zatrzymani pochodzą z terenów sześciu niemieckich landów: Badenii-Wirtembergii, Saksonii-Anhalt, Bawarii, Dolnej Saksonii, Nadrenii Północnej-Westfalii i Nadrenii-Palatynatu. Zapoznać mieli się przez internet we wrześniu ubiegłego roku i rozpocząć mieli wspólne plany dotyczące rozpętania wojny domowej pomiędzy rodowitymi Niemcami a muzułmańskimi imigrantami oraz ich potomkami. Służby miały jednak śledzić ich poczynania już od samego początku zawiązania się tej siatki.

 

Do aresztu trafiło dwunastu członków tej grupy. Trzynasty z nich uniknął aresztowania, ponieważ po uformowaniu się grupy przekazał niemieckiej policji informacje dotyczące tych terrorystycznych planów. Co ciekawe wśród podejrzanych znalazł się też funkcjonariusz policji.

 

– Uznajemy czterech z nich za członków komórki terrorystycznej, ośmiu za zwolenników, w tym funkcjonariusza policji Nadrenii Północnej-Westfalii

– wyjaśnił przedstawiciel Prokuratury Federalnej.

 

Jak poinformował „Der Spiegel”, grupa planowała zainwestować łącznie około 50 000 euro w celu przygotowania i realizacji ataków. W zamieszkiwanych przez podejrzanych miejscach odnaleziono różne rodzaje broni, a także zapas granatów domowej roboty.

 

Chcąc wywołać niepokoje oraz w dalszej perspektywie wojnę domową, niedoszli zamachowcy planowali zaatakować około dziesięciu celów w tym samym czasie. Celem miało być od kilku do kilkunastu meczetów w trakcie odbywających się w nich muzułmańskich modlitw. Ofiarami stać mieli się azylanci, muzułmanie, ale także politycy.

 

 

Źródło: „Der Spiegel” ; o2.pl

Fot.: Pxhere.com

W internecie sporą popularność zyskał w ostatnich godzinach materiały filmowe, na których zarejestrowano chwile, kiedy polski pilot zmagał się ze sporymi problemami przy podchodzeniu do lądowania. Możemy być jednak dumni z pilota, który stoczył tę trudną walkę z huraganem Ciara.

 

Samolot linii Wizz Air leciał z Warszawy do Luton, jednak w związku z panującymi warunkami na północnym zachodzie warunkami, został przekierowany na lotnisko w Birmingham. Tam jednak kapitan Grzegorz Siekierda musiał zachować też zimną krew i wykazać się swoimi umiejętnościami. Silne porywy wiatru uniemożliwiały swobodne i płynne podejście do lądowania. Można śmiało powiedzieć, że takie utrudnienia sprawiły, iż pasażerowie na pokładzie maszyny przeżyli chwile dużego strachu.

 

Kpt. Siekierda miał w związku z szalejącym wiatrem problem z utrzymaniem samolotu na wyznaczonym kursie oraz w odpowiednim poziomie. Na szczęście, możemy być dumni z polskiego pilota, ponieważ finalnie udało mu się bezpiecznie wylądować.

 

Poniżej obejrzeć mogą Państwo udostępnione w sieci filmy, które przedstawiają sytuację, do których doszło na lotnisku w Birmingham:

 

 

 

Źródło: wPolityce.pl ; YouTube/Topfelya ; YouTube/PositivelyPresent

Turcja ma już dosyć przetrzymywania u siebie terrorystów. Od jakiegoś czasu zapowiada, że wyśle ich do Europy. Teraz te zapowiedzi mają się ziścić. 

Prezydent Turcji – Recep Tayyip Erdogan wielokrotnie zapowiadał, że odeśle dżihadystów z powrotem do Europy. Jak się okazało Turcja już rozpoczęła realizację swojej obietnicy. Ostatnio wysłano czterech terrorystów, którzy byli obywatelami Niemiec z powrotem do Niemiec.

 

Pomimo, że Polska nie będzie miała problemów z terrorystami, a najwięcej z nich zostanie odesłanych do Niemiec czy Francji to tak duża ilość dżihadystów w Europie może grozić nawet wojną domową.

 

Turcja na razie nie poinformowała, czy odesłani terroryści będą terrorystami Państwa Islamskiego, czy Al-Kaidy.

 

Źródło: nczas.com

Foto: Pixabay.com

 

 

Na zachodzie Europy rok 2019 zakończył się pewną niechlubną już „tradycją”. We Francji i w Niemczech po raz kolejny doszło do aktów wandalizmu, niszczenia mienia, napadów i ataków na tle seksualnym podczas nocy sylwestrowej. Agresja podczas „świętowania” była w niektórych miastach na tyle duża, że pojawiające się w sieci nagrania przypominać mogą bardziej odległe kraje, gdzie toczona jest obecnie wojna niż zachodnie państwa europejskie.

 

O aktach przemocy i zniszczeniach poinformowały zarówno media niemieckie, jak i francuskie. Jedne z pierwszych informacji jakie pojawiły się po Sylwestrze to te z Lipska, mówiące o zamieszkach wywołanych przez anarchistów oraz starciach z policją. W ulicznych starciach rannych zostało kilku policjantów. Jeden z nich musiał przejść nawet operację ratującą życie. W opinii szefa policji w Lipsku- Torstena Schulze, jego obrażenia były wynikiem zorganizowanego ataku, który jest traktowany jako próba zabicia funkcjonariusza. Przedstawiciele tamtejszych służb potwierdzili też, że dochodziło tam również do napadów na kobiety oraz molestowania seksualnego.

 

Również w stolicy Niemiec Berlinie, pomimo wzmożonych środków bezpieczeństwa i sporej ilości patroli policyjnych, doszło do przestępstw kryminalnych, jak również napaści na tle seksualnym.

 

Informacje na temat niespokojnego świętowania nadejścia nowego roku docierają również z Francji. Choć zdaniem miejscowych władz i mediów w Paryżu było stosunkowo spokojnie, a do wybryków chuligańskich dochodziło raczej na obrzeżach stolicy, to jednak w innych częściach kraju- sylwestrowa noc nie wyglądała już tak sielankowo.

 

Zdaniem francuskiej rozgłośni France-Bleu, w płomieniach w wyniku działań agresywnych osób stanąć miało co najmniej 200 aut. Spora część tych podpaleń miała miejsce na terenie Alzacji. W okolicach Strasbourga atakowano nawet wozy strażackie, które też próbowano podpalać. W wyniku działań policji zatrzymanych miało zostać w tamtym rejonie około 40 osób.

 

Warto wspomnieć też o innym incydencie, w wyniku którego dwóch żandarmów zostało rannych. Na przedmieściach Miluzy bowiem, zostali oni ostrzelani petardami.

 

 

 

 

 

 

 

 

Źródło: Twitter ; Interia.pl ; France-Bleu