Z powodu koronawirusa przez dłuższy czas plażę praktycznie nie były uczęszczane przez ludzi. Skrzętnie wykorzystały to dzikie zwierzęta, a przede wszystkim foki. Po zniesieniu obostrzeń te foki, które wylegują się na bałtyckich plażach są nękane przez część turystów.

 

Obostrzenia związane z koronawirusem spowodowały, że zwierzęta mogły w pewnym stopniu odpocząć od ludzi przez, co coraz śmielej zaczęły wchodzić do miejsc, w których zwykle panował człowiek. Dobrym przykładem mogły być na to dziki, które coraz częściej można było zobaczyć w dużych miastach. Pojawiały się one nawet w centrum Krakowa. Na nadbałtyckie plaże postanowiły również wyjść foki. Robią to, co roku, lecz w tym roku w Gdyni wypoczywa ich szczególnie wiele. Do momentu, gdy w Polsce obowiązywał zakaz przemieszczania to foki bardzo swobodnie mogły przebywać na plażach. Teraz jednak się to zmieniło.

 

Wraz ze zniesieniem obostrzeń na plażach pojawiło się wielu turystów. Jak donoszą naukowcy oraz wolontariusze, którzy zajmują się fokami część ludzi straszy foki i rzuca w nie różnymi przedmiotami. Wspomniała o tym na swoim Twitterze Stacja Morska Uniwersytetu Gdańskiego. „Od pewnego czasu w Gdyni pojawiają się małe foki. Niestety ludzie rzucają kawałkiem drewna w foki, płoszą, podchodzą i nękają zwierzęta, które czuły się dotąd bezpiecznie na gdyńskim wybrzeżu”.

 

 

Oczywiście sporo grono osób podchodzi do fok z poszanowaniem i im nie przeszkadza, tak samo jak one ludziom. Zdarzają się jednak osoby, które robią przeciwnie. W związku z tym zarówno naukowcy, jak i wolontariusze apelują, aby nie przeszkadzać fokom w ich wypoczynku.

 

Źródło: Świat Zwierząt

Foto: Pixabay

Do wstrząsających scen doszło w jednym z polskich miast, a dokładniej przy jednej z gdyńskich ulic. Na terenie dzielnicy Grabówek rozegrało się krwawe zajście, w wyniku którego jeden z mężczyzn zmarł, a obrażenia drugiego były na tyle poważne, że musiał on przejść operację. O sprawie poinformował portal rmf24.pl.

 

Całe zdarzenie miało miejsce w piątkowe popołudnie, około godz. 14, we wnętrzu jednego z budynków znajdujących się przy ulicy Okrzei.

 

Funkcjonariusze policji z komisariatu Gdynia-Chylonia otrzymali niepokojące zgłoszenie dotyczące ataku nożownika w jednej z tamtejszych klatek schodowych. Zaatakowane zostać miały dwie osoby, co finalnie się potwierdziło.

 

Niestety, w wyniku ataku przy użyciu noża, pozbawiony życia został 33-letni mężczyzna. Drugi z rannych- 36-latek trafił na stół operacyjny po przetransportowaniu do jednego z pomorskich szpitali.

 

Jak przekazał w rozmowie z Polską Agencją Prasową, oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Gdyni Jarosław  Biały, policjanci zdołali stosunkowo szybko ustalić personalia napastnika i odnaleźć miejsce jego pobytu. Około godz. 15, tego samego dnia, sprawca krwawego ataku na dwóch innych mężczyzn został zatrzymany. Jak się okazało był to 39-latek, którego atak był zapewne elementem porachunków. Wszyscy trzej mężczyźni byli bowiem notowani wcześniej za różnorakie przestępstwa.

 

Policja podjęła działania mające pomóc ustalić dokładne okoliczności zajścia na gdyńskim Grabówku. Przesłuchiwani są też świadkowie. Mężczyźnie, który zabił jedną ze swoich ofiar, a drugą ranił, grozi kara nawet dożywotniego pozbawienia wolności.

 

 

Źródło: rmf24.pl ; PAP

Fot.: Pixabay

Dziś cała Polska żyje sprawą 10-letniego Ibrahima, który został odebrany siłą matce pod jednym z bloków w Gdyni. Kobieta miała zostać uderzona przez swojego byłego partnera, a następnie chłopiec został wciągnięty do srebrnego kombii. Mężczyzna, który zorganizował porwanie to Marokańczyk mieszkający w Belgii, będący biologicznym ojcem dziecka. Przy okazji prowadzenia działań policji i straży granicznej realizowanych w celu odnalezienia 10-latka, uruchomiony został system „Child Alert”. Najnowsze doniesienia dotyczące porwania chłopca można uznać jednak za nieoczekiwany zwrot w tej sprawie.

 

Podczas spotkania z dziennikarzami, matka 10-letniego Ibrahima poinformowała, że rozmawiała ze swoim dzieckiem, ponieważ przed południem zatelefonował do niej były partner i zezwolił na taką rozmowę, zastrzegając jednak, aby nie pytała gdzie obecnie się znajdują. Chłopiec zapytał matkę czy po niego przyjedzie, ale był spokojny. Zdaniem kobiety mógł to być skutek podania mu leków.

 

Matka krytycznie wypowiadała się również o działaniach policji w tej sprawie i pomocy otrzymywanej ze strony polskiego państwa. Zapowiedziała też, że zamierza jechać do Belgii w ramach poszukiwania swojego syna. Według jej słów, jej były partner miał mieć konflikt z prawem w związku z przemytem narkotyków.

 

Najnowsze doniesienia jakie przekazał Polsat News, powołując się na źródła u prokuratury w Antwerpii, rzucają nowe światło na tę sprawę i dla wielu informacje te mogą być zaskakujące.

 

Choć od rana media podawały w przekazywanych wiadomościach, że Marokańczyk miał stosować przemoc i stracił decyzją belgijskiego sądu prawa rodzicielskie, to jak się okazuje, zdaniem belgijskiej prokuratury, Polka nie miała prawa wywieźć chłopca z Belgii.

 

– Belgijski sąd rodzinny w październiku 2018 r. wydał wyrok, na mocy którego dziecko miało zostać w Belgii z ojcem, a nie z matką w Polsce

– przekazała korespondentka stacji Polsat News.

 

Jak przekazano na antenie tej telewizji, według prawa obowiązującego w Belgii, w przypadku rozstania się rodziców, priorytetem jest to, aby dziecko pozostało w kraju, w którym do tego momentu mieszkało. Dlatego też według strony belgijskiej, wywiezienie dziecka miało być na podstawie tych najnowszych doniesień nielegalnym działaniem.

 

W związku z takim obrotem sprawy, wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik przekazał, że strona polska może wystąpić do ministra sprawiedliwości Belgii, aby uzyskać informacje na temat tego co działo się w sprawie tej rodziny.

 

 

Źródło: Polsat News ; wp.pl

Patrząc na nagranie z Gdynii, już w początkowej fazie człowieka łapią ciarki. Skoki na bungee to popularna rozrywka dla nieustraszonych, jednak wymagająca dopięcia każdego szczegółu, by okazało się bezpieczna. Niestety, w tym trójmiejskim mieście o tym zapomniano…

 

Dźwig unosi śmiałka wraz z osobami zabezpieczającymi na 92 metr. To właśnie z takiej wysokości skakał mężczyzna, dla którego niezapomniane przeżycie okazało się… dramatyczne w skutkach.

 

 

Mężczyzna runął na kant znajdującego się poniżej wielkiego dmuchanego materaca. Według nieoficjalnych informacji, po przejściu badań skutkiem tego wypadku jest… złamany kręgosłup. Dla niego oznacza to ogromne kłopoty ze zdrowiem, dla organizatorów ogromne kłopoty prawne, a następnie finansowe.

 

Każdy z nas prawdopodobnie zastanawiał się kiedyś nad takim skokiem. Po obejrzeniu wideo z Gdynii, na pewno śmiałków trochę ubędzie…

 

Źródło: Twitter.pl

Foto: Zdjęcie poglądowe/Twitter.pl