Najwartościowsze recenzje Jokera zostaną napisane przez filmoznawców i psychiatrów. Ja nie jestem żadnym z nich. Jestem za to politologiem, spróbuję więc opisać swoje wrażenia związane z politycznym i społecznym światem przedstawionym. Tekst zawiera spojlery i nie warto psuć sobie nim wizyty w kinie. Do mojego wpisu można wrócić już po niej. Nie jest to też recenzja w której piszę o tym, czy warto iść na film czy nie. Piszę to już tutaj. Warto. A poniżej spisuję kilka impresji jakie narzucają mi się po seansie.

 

Joker dzieje się w 1981 roku co może prowadzić do skojarzeń z zamachem na Ronalda Reagana. Prawdziwe wydarzenia z naszego świata, choć odległe od tego co dzieje się w fikcyjnym Gotham, mają z nimi jakiś związek. Chodzi o niepoczytalność sprawcy i przenikanie się rzeczywistości z telewizyjną fikcją. Joker jest niezdrowo zafascynowany wieczornym show, które nieudolnie próbuje odgrywać w swoim mieszkaniu. John Hinckley Jr chciał zabić prezydenta po to, aby zwrócić na siebie uwagę Jodie Foster. Absurdalna motywacja, ale jest tu coś jeszcze. Hinckley Jr aktorkę po raz pierwszy zobaczył w „Taksówkarzu” Scorsese do którego Joker bywa bardzo podobny.

 

A to za sprawą miasta, brudnego i beznadziejnego. Sceny, na których widzimy jakąkolwiek architekturę cieszącą oko są w Jokerze rzadkością. Najwięcej w nim obskurnych ulic, zdewastowanych klatek schodowych i zabazgranych stacji metra. Przywodzi to na myśl Amerykę z końca lat siedemdziesiątych i początku osiemdziesiątych, w stagnacji, niewierzącą w siebie. Taką, w której klęska wielkich projektów socjalnych wcześniejszych dekad była już bardzo widoczna.

 

I tak jest też w Jokerze. Gotham tonie nie tylko w śmieciach ale też w bezrobociu i ekonomicznym zastoju. Biznes się zwija a zwykłym ludziom żyje się coraz trudniej. Na tak zarysowanej szachownicy pojawia się Arthur Fleck, przyszły Joker. Mieszka z matką i zmaga się nie tylko z ciężkim losem ale przede wszystkim z chorobą. Przez swoją odmienność, może i irytującą, ale początkowo chyba niegroźną, doświadcza licznych upokorzeń. W sytuacji zagrożenia życia broni się przed napadem. Robi to skutecznie dając przy okazji twarz, a raczej maskę klauna, społecznej rebelii.

 

Wątek zamieszek, choć potencjalnie bardzo rozwojowy, jest w filmie bardzo słaby, powierzchowny, przy tym interpretowany pod wpływem amerykańskiego „tu i teraz” któremu postać Jokera się nie powinna poddawać. Rozumiem oczywiście to, że opowieść skupia się na głównym bohaterze a nie na tym co dzieje się u niego pod blokiem. Budowa opozycji pomiędzy bogatymi a biednymi jest zrozumiała o tyle, że to właśnie takie symplifikacje są w stanie wypchnąć ludzi na ulicę. Jednocześnie, można było dodać jakiejś głębi, pokazać, że to nie tylko Joker był odrzucony. Że taki jak on, samotny, niezrozumiany, zaszczuty czuł się w Gotham prawie każdy. I każdy czekał na iskrę.

 

Joker może być widziany jako film o kryzysie służby zdrowia. Obrazuje to niezainteresowana pracownica socjalna która, jak sądzi Arthur, nie słucha go i zadaje wciąż te same pytania. Do czasu, bo obcięcie funduszy na pomoc takim jak przyszły Joker tylko dynamizuje jego odklejanie się od rzeczywistości. Jest to też film o czymś jeszcze, o samotności. Być może Joker nigdy by się nie narodził gdyby Arthur miał choć jednego prawdziwego przyjaciela.

 

Joker może być też filmem o elitach niepotrafiących komunikować się z masami. Kandydat na burmistrza Thomas Wayne może i ma dobre intencje, ale wizerunek bogacza żyjącego w willi za bramą nie przystaje do wyobrażeń ludzi, którzy będą szukać podobnych do siebie w rozwiązywaniu ich problemów. Dlatego wybierają Jokera jako swój symbol i dlatego ginie Wayne. Joker był kimś kto w telewizji powiedział to, co każdy myślał. Wayne przemawiał w sposób, którego nie rozumieją ludzie na ulicy.

 

Joker w pewnym momencie filmu deklaruje, że nie wierzy w nic. To nihilistyczne stanowisko chyba nie było w nim od początku. Może kiedyś wierzył ale pod wpływem niepowodzeń przestał. Próbował przecież swoich sił w stand-upie, chciał pracować, opiekował się matką. Trudno jednak nie zauważyć też i tego, że Joker w finałowej scenie filmu wygłasza coś na kształt przemówienia. Odrzuca w nim utarte normy i schematy i naśmiewając się ze śmierci przekracza tabu. Pyta przy tym o to, kto właściwie decyduje o tym co jest śmieszne albo nie. Co jest dobre a co złe. Czemu on sam miałby nie wyznaczyć granic po swojemu? A co z tymi, którzy pójdą w jego ślady? Niech robią z jego myślami co chcą i co potrafią.

 

Joker nie odnosi jednak zwycięstwa na żadnej płaszczyźnie. Nie zniszczył władzy, w ostatnich scenach widzimy go uciekającego przed sanitariuszami. Ale i władza się nie zmieniła, nadal go nie rozumie, nie wie jak mu pomóc, o ile to jeszcze w ogóle możliwe, nadal może obawiać się jego i jemu podobnych. Uliczna rebelia nie może trwać wiecznie i krwawy karnawał kiedyś się kończy. Do następnego razu oczywiście, do kolejnego występu. Bo i tak można widzieć przerażające dziedzictwo Jokera. Jako pokaz świata na opak, w którym chory psychicznie wyrzutek staje się symbolem dla tych, którym również, tak jak i jemu, ciążą społeczne normy.

 

 

Dr Marcin Chmielowski – politolog, doktor filozofii, rektor Alternatywnej Szkoły Biznesu i Rozwoju Osobowego im. Ludwiga von Misesa, wiceprezes Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości. Publicysta, komentator i scenarzysta.

Skrzyżowanie, na którym spotyka się polityka i wolny rynek, trudno nazwać bezkolizyjnym. Wręcz przeciwnie, polityka zbyt często wpada na nie swój pas. Nieustanne kraksy nastrajają do przemyśleń, nie tylko o brutalności polityki, te są zwyczajnie banalne w swej oczywistości. Czymś nowym może być za to przemyślenie przez wolnorynkowców pomysłów na siebie w polityce.

 

Zderzenie dwóch rodzajów myślenia, tego w kategoriach politycznych i tego w kategoriach ekonomicznych, owocuje powstaniem trzeciego pola, na którym to te sfery się przenikają. To oczywiste, w pewnym momencie aby lepiej zrozumieć ekonomię jako naukę o gospodarowaniu ograniczonymi zasobami musimy odwołać się do aktywności polityków – którzy swoimi decyzjami do pewnego stopnia kształtują to działanie. I na odwrót, aby zrozumieć uwarunkowania polityki, bardzo często przydatne jest choćby minimum wiedzy o ekonomii, a co za tym idzie także o gospodarce. Ze świadomości istnienia współzależności, tutaj z racji publicystycznego charakteru tekstu tylko bardzo ogólnie zarysowanych, powinna wypływać jakaś wiedza. Która niekoniecznie musi być wiedzą tylko akademicką. Temu są poświęcone poniższe, mocno przyczynkarskie, rozważania. Dotyczą one możliwości zorganizowania się wolnorynkowców na istotnej, a póki co mało wykorzystywanej, osi politycznego sporu.

 

Ale ten artykuł, co trzeba napisać czym prędzej, nie jest zupełnie nową opowieścią na temat organizacji zwolenników wolnego rynku w świecie polityki. Pomysłów w tym temacie było już sporo i na pewno będzie ich jeszcze więcej. Większość z tych dotychczasowych cierpiała na dwa zasadnicze schorzenia. Pierwszym była nieuzasadniona megalomania, przekonanie o tym, że wolny rynek, czyli suma dobrowolnych wymian wśród których nie wszystkie z nich muszą być wymianami towarowo-pieniężnymi, jest czymś, na co elektorat tylko czeka. I że wystarczy jedynie być, aby wolnorynkowych wyborców zgarnąć jak szuflą. Losy polskich partii wprost odwołujących się do wolnego rynku jako idei pozwalającej na zorganizowanie życia ekonomicznego wprost pokazują, że tak zwyczajnie nie jest. Polityka to nie tylko sztuka decydowania, zarządzania decyzją polityczną. To także umiejętność dostania się w przestrzeń, gdzie te decyzje można podejmować. Druga wada ma związek z brakiem zrozumienia podziału pracy w przestrzeni publicznej. Partia polityczna nie może być i nawet nie powinna być ruchem typu „złap je wszystkie”, bo nie każdy powinien być politykiem. Publicyści, działacze trzeciego sektora, intelektualiści, liderzy w swoich wspólnotach pełnią nawet ważniejszą rolę niż politycy, bo to oni pozwalają im na zebranie elektoratu, zdobycie poparcia ludzi, promowanie idei, za którymi później ci politycy będą mogli głosować. Doskonale zrozumiało to Prawo i Sprawiedliwość które ciężkie czasy dwóch kadencji w opozycji przetrwało między innymi dlatego, że obudowało się wieloma warstwami różnorodnych kół, w których elektorat mógł się aktywizować, przekaz krystalizować, a zwolennicy sprawdzać. Tymczasem, partie odwołujące się do idei wolnego rynku usiłują budować od góry i bez przejmowania się istotnością struktur oddolnych. Zrozumienie potrzeby instytucjonalnej współpracy z trzecim sektorem jest w najlepszym razie niewielkie, idea obrotowych drzwi pozwalających na płynne poruszanie się pomiędzy akademią, mediami, polityką a społecznictwem jest praktycznie nieznana, istnieje tylko wiara w liderów. Których to, jak zawsze w grach, w których aby wygrać ktoś inny musi przegrać, jest oczywiście zbyt wielu.

 

Taką grę można jednak zamienić w kooperacyjną, choć oczywiście reguła organizacyjna musiałaby tu być inna niż ta powszechnie znana, czyli nawoływania do zjednoczenia, czy to prawicy, czy to tzw. „antysystemowców”, czy też wolnościowców czy wolnorynkowców. Te środowiska oczywiście nachodzą na siebie tylko w niewielkim stopniu, ale zasada wszędzie jest ta sama: za postulatem zjednoczenia kryje się wezwanie do podporządkowania wysyłane do innych. Rzecz jasna, niezdrowym wręcz idealizmem byłoby potępienie takich zachowań w polityce. Całkiem oczywistą obserwacją byłaby jednak taka, która widziałaby w tych wezwaniach retorykę maskującą brak własnych sił i środków. Politycy zapraszający do zjednoczenia zwyczajnie nie mają za dużo do zaoferowania. Gdyby ich wehikuły polityczne były atrakcyjne – do wejścia na ich pokład nikogo by nie musieli namawiać. Lepszą strukturą byłaby lżejsza koalicja różnych podmiotów, maszerujących osobno, ale uderzających razem. To oczywiście czysto idealistyczna wizja. Ale jakby nie patrzeć, na wolnorynkowej scenie politycznej nikt tak na serio jej jeszcze nie wypróbował. Koncepcja, która została nakreślona poniżej, jest zresztą mocno oderwana od obecnej rzeczywistości politycznej panującej w tej części sceny wyborczej, która ma reprezentować wolnorynkowy elektorat. Na fundamencie obecnie istniejących wehikułów zwyczajnie trudno byłoby zbudować akurat taki polityczny start-up, o jakim tu mowa. To sprowadza cały pomysł do propozycji na odleglejszą przyszłość. Ewentualnie, do prezentacji tego, jak powinno być. I być może poprzez obserwację różnic pomiędzy stanem lepszym od dzisiejszego i nienajlepszym dziś, uda się w przyszłości budować łatwiej.

 

Brutto i netto

 

Myśl o polityce jako aktywności złożonej z dwóch elementów, działań i narracji o nich, warto rozwinąć. Jest to zwyczajnie przydatne, jeśli mamy zastanowić się nad tym, co wolnorynkowcy mogą w polityce.

 

Rozgrywanie przeciwko sobie grup interesów to esencja polityki realnej, obdartej z otoczki służby innym. Tyle że częściej widać jej ułagodzoną, obudowaną wersję, politykę brutto. W polityce brutto wielkie słowa mają znaczenie, ale jest tak przede wszystkim dlatego, że wierzy w nie elektorat, a i sami politycy chcą w sobie widzieć kogoś więcej, niż tylko wynajętych hydraulików udrażniających kanały transferu przywilejów i szacunku przechodzących od jednej do drugiej grupy okupującej oś sporu. Technologia władzy to polityka netto. To, co tak naprawdę dostajemy jako konsumenci przebierający w ofercie partyjnej, już po odliczeniu otoczki wielkich słów. W polityce brutto do realnych działań technicznych, rzemiosła rządzenia, dolicza się też sztukę prezentacji, czyli ten teatr, który pozwala politykę strawić i który ułatwia też wymianę politycznych elit. Bo przecież nie wszyscy głosują ze względu na zawartość netto.

 

Demokracja jest bowiem wyborem spomiędzy już dostępnych opcji. To prawda, czasami udaje się stworzyć nową siłę polityczną, ale z punktu widzenia wyborcy który przychodzi oddać swój głos, lista jest już zamknięta. Może on wybrać spośród ustalonej oferty, wielość partii i kandydatów jest często pozorna i na pewno skończona, a zadaniem obywatela jest tylko wskazać kto jest dla niego najlepszym wyborem – ale nie najlepszym w ogóle, a jedynie najlepszym z możliwych. Trochę jak w supermarkecie, w którym nie komponujemy produktów, a jedynie wybieramy z przedstawionej nam oferty. Taki model demokracji jako konkurencji zaproponował Joseph Schumpeter. Z grubsza mówiąc, jego obserwacje są aktualne także dziś.

 

Partia Podatników

 

Na politycznych półkach czasami przewijają się produkty adresowane do wolnorynkowego wyborcy. Niekiedy odnoszą one sukces, przeważnie jednak dlatego, że oferowany przekaz tylko częściowo dotyczył kwestii wolnego rynku czy szerzej, wolności. To można zmienić nie zmieniając istoty produktu. Inaczej pisząc, potencjalna polityka netto byłaby możliwa do zrealizowania przy innej polityce brutto. Zamiast stawiać na wolnościowy przekaz, można dostarczyć produkt adresowany do egalitarnych gustów – a przy tym nie godzący w wolność. Takim produktem byłaby Partia Podatników. Byt polityczny odwołujący się do nierówności i niesprawiedliwości pomiędzy obywatelami, a politykami, wskazujący na przywileje władzy, ale przy tym jednoznacznie wolnorynkowy w kwestiach gospodarczych. Byłby to wehikuł polityczny który poruszałby się tylko po osi sporu o podatki, wysokość danin publicznych, wydatki ze wspólnej kasy i koszt istnienia państwa. W pewien sposób uciekałby więc dychotomii lewica – prawica, co dla wywodzących wolność gospodarczą i prymat wolnego rynku nad innymi sposobami dystrybucji dóbr z nieutylitarnych przesłanek mogłoby być problematyczne. Ale być może taki gambit byłby konieczny. Sama nazwa miałaby zresztą być raczej zaproszeniem do współpracy niż wykluczeniem. Podatnikami jest przecież większość społeczeństwa. Być może najwyższy czas pokusić się o myślenie w kategoriach włączania, inkluzji, w czym miałaby pomóc ograniczona ilość spraw, którymi zajmowałaby się partia. Współczesne partie odwołujące się do istotności wolnego rynku działają nieco jak ideowe kombajny. Wolny rynek i kwestie podatnicze są tam tylko elementem szerszego obrazu. Liberał społeczny może mieć problem ze znalezieniem się w takim projekcie. Co innego ekonomiczny etatysta, dla którego sprawy gospodarcze są wtórne wobec światopoglądowych. Dla niego drzwi prawicowych projektów, także tych liberalnych gospodarczo, są przecież szeroko otwarte. To rzecz jasna utrudnia zgromadzenie mniejszościowego elektoratu wyborców którzy wiedzą o tym, że płacą podatki.

 

Łatwo znaleźć i inną kontrowersję. Konstrukcja zadaniowa i pomysł na partię tak naprawdę jednej sprawy (choć istotnej) wyłączyłaby ją z udziału w sporach toczonych na osiach obyczajowych, związanych z polityką historyczną czy w ogóle jakichkolwiek innych w których temat pieniędzy podatników by nie był obecny. Trudno sobie wyobrazić tak dalece idącą dyscyplinę partyjną, która politykom zaangażowanym w taki projekt potrafiłaby ściągnąć lejce i zniechęcić ich do udziału w debatach, na które przecież każdy ma swoje zdanie. Dodatkowo, historyczne obciążenie negatywnymi skojarzeniami z Kongresem Liberalno-Demokratycznym dałoby amunicję przeciwnikom projektu. To są oczywiste ryzyka.

 

Ale jest i inne, może jeszcze poważniejsze. Wszystkie nekrologi wskazujące na śmierć politycznego podziału na prawicę i lewicę można uznać za przedwczesne. Oczywiście, dzisiaj przy pomocy tego, bądź co bądź bardzo prostego, narzędzia porządkującego, jesteśmy w stanie mniej zrozumieć, niż dawniej. Polityka się komplikuje, powstają siły, które trudno umieścić gdzieś w tym podziale, ale nadal ma on jakąś wartość, coś tłumaczy. Nadal mamy polityczną prawicę i lewicę choć katalog partii i sił politycznych które problematycznie byłoby od tak po prostu nazwać prawicą lub lewicą, rośnie bardzo szybko. Co jednak ważniejsze, kategoriami prawicy i lewicy myślą sami wyborcy, dla których te etykiety są nadal ważne i niejako intuicyjnie wyczuwalne. Partia Podatników, która z racji swojej zadaniowości uciekałaby z większości osi politycznego sporu, byłaby problematyczna do zaklasyfikowania. Wolny rynek raczej kojarzy się z prawicą, choć nie jest cechą dystynktywną prawicowości. Myślenie w kategoriach egalitarnych i co najmniej podejrzliwych wobec elity (oczywiście chodzi o obecne elity polityczne) to jednak domena raczej lewicy. Ta niejednoznaczność może być problemem dla wyborców. Szczególnie tych, którzy mocno identyfikują się z doktryną konserwatywnego liberalizmu, jak najbardziej prawicowego sposobu myślenia, wcale w Polsce popularnego i konstytuującego swoje założenia między innymi na istotności swobody rynkowej.

 

Zarządzanie strumieniami dóbr

 

Mimo tych oczywistych raf, projekt Partii Podatników, siły politycznej odwołującej się tylko do osi podziału płatnik – beneficjent, miałby pewien potencjał wzrostu. Tak się bowiem już złożyło, że interes polityków i nie-polityków jest zwyczajnie bardzo często sprzeczny. Politycy żyjąc ze środków uzyskanych z dystrybucji i mając dostęp do zaworów systemu, który reguluje te transfery stoją w opozycji do nie-polityków, czyli tych, których zadaniem (zadaniem z punktu widzenia polityka) jest dostarczanie strumieni dóbr, mających krążyć po systemie. Z punktu widzenia podatnika, polityk może zrobić dwie rzeczy i jedną jest nieprzeszkadzanie mu – przynajmniej w kwestiach codziennej aktywności. Partia Podatników nie miałaby być partią libertariańską czy też partią wprost odwołującą się do jakiejś wielkiej idei politycznej. Miałaby być partią ludzi, którzy czują się wykorzystywani, którym ciąży poddańczy stosunek podatnika wobec urzędnika, którzy nawet niekoniecznie muszą świetnie zarabiać – wystarczy, że swoje zarobki uznają za niesprawiedliwie zmniejszone o wysokość publicznych danin.

 

Takich wyborców jest oczywiście mniejszość. Jak wiemy, polityczny paternalizm jest wcale popularny i spotyka się wśród wielu wyborców ze zrozumieniem. I to prowadzi do oczekiwań wobec polityków. Mają oni sterować strumieniami dóbr w taki sposób, aby jak najwięcej z nich trafiało akurat do popierającego go wyborcy. W ten sposób każdy może partycypować w pracy polityka, otrzymując pewną niewielką dywidendę od jego wysiłków związanych z obsługą skomplikowanej maszynerii transferującej bogactwo.

 

Wyborcy, którzy chcieliby aby polityk dał im spokój – to oczywiście mniejszość. W obecnym Sejmie wolnorynkowych posłów mamy dosłownie kilku. Niemający swoich przedstawicieli podatniczy elektorat to dostatecznie duża siła, która pozwoliłaby na utrzymanie się swoich reprezentantów, skutecznych hydraulików pilnujących zaworów i odkręcających te, które dotychczas stały zardzewiałe. Politycy mogliby pobierać dywidendę od tej grupy obywateli i być opłacanymi z ich podatków, w zamian zaś nie przeszkadzać. I głosować za sprawami, które luzowałyby portfele ich wyborców, pozwalały im zatrzymywać w nich więcej środków.

 

Oś sporu, jaką jest kwestia podatków, obciążeń ponoszonych przez obywateli i siły, jaką dają one politykom i administracji, to atrakcyjne pole do zagospodarowania. Oczywiście, częściowo już zajęte, choćby przez projekt Kukiz ’15, wcale nieźle odnajdujący się w budowaniu dychotomii pomiędzy prostymi ludźmi, a warszawską elitą polityczną. Tyle że trudno mówić o drużynie Kukiza jako o wolnorynkowej. To raczej przekrój przez polskie społeczeństwo, autentycznie różnorodne, ale też często skupione tylko na tym, przeciwko czemu występuje. Partia Podatników miałaby zaś wspólną busolę wskazującą także program pozytywny. Najprościej dałoby się go scharakteryzować jako deetatyzację gospodarki co oznaczałoby poszerzenie przestrzeni wolnego rynku – rozumianego, co już było wspomniane, jako suma dobrowolnych wymian. Wbrew narzekaniom wolnorynkowych polityków, elektorat zainteresowany takim produktem byłby możliwy do znalezienia. W bardzo ciekawych badaniach przeprowadzonych przez Andrzeja K. Koźmińskiego i Krzysztofa Zagórskiego dotyczących wyobraźni ekonomicznej i opublikowanych w Studiach Socjologicznych 2011, 2 (2201) na pytanie: „Z czym kojarzy się Panu(i) przede wszystkim pojęcie „liberalizm”? Które z wymienionych niżej cech charakteryzują społeczeństwa
liberalne, a które nie są oznaką liberalizmu?”, 47% respondentów odpowiedziało, że cechy takie jak „Jak najmniejszy wpływ państwa na gospodarkę, całkowita swoboda bogacenia się, niewiele świadczeń socjalnych” są charakterystyczne. Prawie połowa badanych definiowałaby więc liberalizm w sposób związany z przestrzenią wymiany, czyli tak, jak mogłaby to robić partia odwołująca się tylko do kwestii podatków. Dodatkowo, samoidentyfikacja badanych jako liberałów to 37%. Oczywiście, nie wszyscy respondenci widzieliby się właśnie jako liberałowie ekonomiczni. Mimo to, jest jakiś potencjał wyborczy.

 

Czy Partia Podatników ma szansę na powstanie? Trudno powiedzieć. Przywilejem publicysty jest snucie nie do końca realnych wizji. Ale to z nich wypływają propozycje, które może kiedyś okażą się przydatne. Aby taki projekt powstał, musiałaby przede wszystkim zaistnieć wola polityczna do jego realizacji, a o to może być najtrudniej. Z drugiej strony, próbowano już wielu rozwiązań, samodzielnych startów, koalicji, szukania elektoratów w różnych miejscach społecznej mapy. Jakieś sukcesy były, ale czy były one na miarę możliwości? Może w końcu pora ograniczyć swój przekaz i ulokować niewielkie przecież siły i środki na osi, która może okazać się dźwigną wzrostu, dać miejsca w parlamencie i przede wszystkim – poszerzyć przestrzeń wolnego rynku. Albo choćby obronić jego obecny kształt.

 

 

dr Marcin Chmielowskipolitolog i doktor filozofii polityki, wiceprezeses Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości.

 

Tekst opublikowano w 39. numerze kwartalnika „Myśl.pl”