W ostatnich miesiącach walka policji z przestępczością zorganizowaną opartą na pseudokibicach przyniosła sporą ilość akcji antyterrorystów oraz zatrzymań. Do skutecznych działań CBŚP przyczyniły się też zeznania ważnych w środowisku bojówkarzy osób, takich jak np. Paweł M. ps. „Misiek”, który od lat stał na czele gangu „Wisła Sharks” utożsamiającego się z krakowską „Białą Gwiazdą”. Jak donosi portal lovekrakow.pl, prokuratura kończy obecnie kolejny etap śledztwa dotyczącego tej grupy.

 

Trwające postępowanie dotyczy w dużej mierze 16 osób zatrzymanych w kwietniu na zlecenie śledczych. Postawiono im zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, a także wytwarzania i handlu narkotykami na terenie Polski w okresie od 2007 do 2018 roku.

 

W gronie zatrzymanych wówczas mężczyzn znalazł się również były wiceprezes Wisły Kraków- Damian D. Obecnie w areszcie przebywa 12 mężczyzn z tego grona, pozostałym sąd uchylił areszt, a jeden z zatrzymanych został wypuszczony do domu niedługo po przeprowadzeniu działań przez policjantów.

 

Jak informuje lovekrakow.pl, jeden z głównych świadków w tej sprawie, czyli wieloletni lider gangu Paweł M. ma być „dosłuchiwany”, a prokuratura skupia swoje działania na aresztowanych członkach grupy „Wisła Sharks”.

 

Weryfikowane przez śledczych są obecnie zeznania świadków, a także wyjaśnienia podejrzanych. Analiza tyczy się dosyć starych przewinień z okresu 2007-2010, nie jest jednak wykluczone, że do listy zarzutów dołączone zostaną kolejne, takie jak np. wymuszenia lub pobicia. Jak informuje portal, niektórzy mają mieć już na koncie wyroki za podobne przewinienia. Część z podejrzanych ma również przyznawać się do zarzucanych im czynów, celem skrócenia procesu.

 

Co również warte uwagi, po złożeniu obszernych zeznań i wyjaśnień przez słynnego już „Miśka” kolejne zatrzymania były niemalże jedynie formalnością. Jak się jednak okazało, dawni koledzy Pawła M., którzy w ostatnich latach mieli już nie uczestniczyć aktywnie w działalności gangu „Sharksów” mają sami zgłaszać się do prokuratury.

 

Dodatkowo w przypadku byłego działaczka klubu Damiana D., prowadzona jest przez Prokuraturę Regionalną w Poznaniu sprawa dotyczącą przestępstw gospodarczych. Chodzi tu o zarzuty związane z zarządzaniem spółką oraz jej majątkiem.

 

Jak czytamy na lovekrakow.pl, informacji tych nie komentuje szczegółowo prokuratura. Poinformowano jednak, że przeprowadzane czynności procesowe „zmierzające do kompleksowego wyjaśnienia wszystkich okoliczności będących przedmiotem śledztwa”.

 

Choć w Małopolsce rozbito grupy przestępcze oparte na bojówkarzach sympatyzujących z krakowskimi klubami piłkarskimi, to jednak na terenie Krakowa dochodziło w ostatnim czasie do kilku niepokojących zdarzeń jak np. podpalania samochodów, ataków na lokale w centrum miasta czy tzw. „wjazdów” z maczetami i innymi ostrymi narzędziami.

 

O tych zajściach pisaliśmy też tutaj:

Eksplozja, podpalenia i „wjazdy” z maczetami. Trwają starcia pseudokibiców [FOTO/WIDEO]

 

 

Źródło: lovekrakow.pl

Fot.: YouTube/Superwizjer TVN

 

Portal Bitmarket pl/net zakończył działalność w nocy z poniedziałku na wtorek. Polska najstarsza giełda kryptowalut istniała od 2014 roku. Sprawą zajęła się prokuratura.

 

Kryptowaluty to stosunkowo nowy rodzaj pieniądza. Są środkiem płatniczym w internecie i mają postać niematerialną. Najpopularniejszy jest oczywiście Bitcoin, który przez ostatnie lata budował swoją wartość. W zależności od okresu kosztował nawet 50 tysięcy złotych i stanowił temat spekulacji ekonomistów. Rosnąca popularność kryptowalut stała się także obszarem zainteresowanie rządów państw, które wciąż nie uregulowały w pełni funkcjonowania Bitcoina i spółki, ale same już w kryptowaluty inwestują, zwłaszcza USA i Chiny. Z początkiem bieżącego tygodnia odczuwalny cios przyjęła polska scena kryptowalut.

 

„Z przykrością informujemy, że w skutek utraty płynności, z dniem 08.07.2019 roku, Serwis Bitmarket.pl/net został zmuszony zakończyć swoją działalność. Będziemy informować Państwa o dalszych krokach.” – czytamy w komunikacie na stronie Bitmarketu. Tak też się stało, najstarsza polska platforma wymiany kryptowalut zakończyła funkcjonowanie.

 

Z kolei z oświadczenia wydawcy portalu firmy IQ Partners dowiadujemysię, że powodem upadłości była utrata ciągłości finansowej. Administratorzy nie rozwijają jednak dlaczego do tego doszło. „Zarząd IQ Partners S.A. (…) uzyskał informację (…) dotyczącą ryzyka zamknięcia w najbliższym czasie giełdy kryptowalutowej prowadzonej w domenie Bitmarket.pl z uwagi na brak możliwości regulowania zobowiązań przez operatora.”  Oświadczenie firmy cytuje portal „Poinformowani.pl”.

 

Dalej IQ Partners zakomunikowali, że sprawa została przekazana prokuraturze, która sprawdzi okoliczności finansowego funkcjonowania Bitmarketu.

 

Niestety okazuje się, że w związku z upadłością portalu poszkodowana została grupa użytkowników strony. Zawiązali swoją grupę i zamierzają odzyskać swoje aktywa.

 

Źródło: poinformowani.pl

Foto: pixabay.com

Całą historia zaczęła się14 czerwca br. Wtedy to na gorlicki SOR (Szpitalny Oddział Ratunkowy) trafiła 19-letnia mieszkanka powiatu gorlickiego, a jednocześnie praktykantka w SK Regietów. Stadnina ta znana jest głównie z hodowli koni huculskich, które wykorzystywano m.in. przy okazji kręcenia filmów Jerzego Hoffmana np. „Ogniem i mieczem”.  Dziewczyna informuje, że została zgwałcona. Jak się okazuje jako winnego gwałtu wskazuje  dyrektora stadniny, w której odbywała praktyki.

 

Dalej jest tylko „ciekawiej”. Wskazany przez poszkodowaną już w  kilkanaście godzin po zdarzeniu… przechodzi na emeryturę. Sprawy nie chce prowadzić miejscowa, gorlicka prokuratura, która wnosi o wyłączenie ze śledztwa.

 

Jak ustalili dziennikarze Onetu w feralny wieczór 13 czerwca:

 

Dyrektor C. ( w tekście onetu pada całe nazwisko- przyp.red.)  zabrał praktykantkę do Górnego Regietowa. Mieli razem oglądać konie. Dlaczego młoda dziewczyna pojechała ze starszym o 50 lat mężczyzną? – Dyrektor lubił mówić praktykantkom, że jak czegoś nie zrobią, to nie zaliczy im praktyk (…) Kiedy szef ośrodka i praktykantka wrócili do stadniny, nie było w niej już nikogo. Około godziny 5 nad ranem dziewczyna zadzwoniła do opiekunki praktyk. Była zapłakana, mówiła, że boi się dyrektora. Po kilkunastu minutach na miejscu pojawiła się jedna z pracownic, godzinę później przyjechała opiekunka.

 

Poszkodowaną dziewczynę zawieziono do domu rodzinnego., a następnie w towarzystwie matki na wspomniany wcześniej SOR.  Pracujący w gorlickim szpitalu lekarze zawiadomili policję, a sama poszkodowana złożyła wymagane zeznania, wskazując sprawcę. Policja, zgodnie z procedura  zawiadomienie o wszczęciu śledztwa skierowała do  Prokuratury Rejonowej w Gorlicach. ta jednak ustami swojego szefa,  Tadeusza Cebo  natychmiast złożyła wniosek o wyłączenie jej ze sprawy. Jak informują dziennikarze onetu, nieco później, pojawił się wniosek, by ze sprawy wyłączyć wszystkie prokuratury w okręgu sądeckim.

 

Ostatecznie sprawą zajmie się Prokuratura Okręgowa w Kielcach. Ta zasłaniając się tajemnica śledztwa nie chce udzielać żadnych informacji, zapewniając jednocześnie, że prowadzi czynności w tej sprawie. Tymczasem oskarżany przez dziewczynę o gwałt były już dyrektur stadniny jest od kilkunastu dni na wspomnianej emeryturze, a niemal natychmiast został mianowany jego następca, który nie chce komentować całej sprawy.

 

/red./

Za: onet.pl

Foto: zrzut z Youtube.com/zdjęcie poglądowe

Bartłomiej Misiewicz wyszedł wczoraj (czwartek) na wolność z aresztu w Tarnowie. Jego przedstawiciel Luka Szaranowicz wyjawił w rozmowie z Super Expresem nowe fakty na temat swojego klienta.

 

Jak relacjonuje prawnik, wyjście Misiewicza umożliwiła kaucja w wysokości 100 tysięcy złotych wpłacona przez ojca 29-letniego polityka. Mimo iż prokuratura wniosła sprzeciw, sąd zdecydował o wyjściu byłego pracownika MON po ponad pół rocznej odsiadce w areszcie.

 

Jak czytamy w Super Expresie, ograniczenie wolności mocno zmieniło Misiewicza. Miał schudnąć nawet kilkanaście kilogramów oraz nabrać większego dystansu do całej sprawy. Szaranowicz wyjawił także, że jego klient pracował podczas pobytu w areszcie jako bibliotekarz. Organizował i wydawał książki innym osadzonym w lokalnej biblioteczce, co miało mieć bardzo dobry wpływ na Misiewicza.

 

Były współpracownik Antoniego Macierewicza w Ministerstwie Obrony Narodowej ogłosił swoje wyjście na wolność na łamach Twittera. Poprosił by nie pisać więcej o nim „Bartłomiej M.”, tylko używać pełnego nazwiska. Deklaruje iż teraz udowodni swoją niewinność.

Wydawało się, ze w tej sprawie wydarzyło się już wszystko. Szok, niedowierzanie, morderstwo 10-latki, dziwne motywy… A jednak ta sprawa wciąż ma swoje tajemnice. Jak wynika z najnowszych informacji ofiara i jej oprawca byli rodziną.

 

W kontekście powyższej informacji fakt, że zatrzymany mężczyzna często był gościem, w którym mieszkała 10-latki staje się bardziej zrozumiały. Co więcej, podejrzany nie tylko bywał w jej domu, ale zdarzało się, ze nawet  odwoził ją do szkoły czy też spędzał wolny czas np. w kinie.  czasem zabierał do kina.

 

Jak wynika z informacji przekazanych przez prokuratorów  Jakub A. długo nie chciał się przyznać do winy.  Nie ujawniał także okoliczności i przebiegu zbrodni. Z wcześniej ujawnionych informacji wynika, że sprawca zakochał się w matce Kristiny, pomagał jej przy budowie domu, a jak się okazuje także w opiece nad Kristiną.  Dziewczynka, jak wynika z wypowiedzi sąsiadów nie darzyła go jednak specjalną sympatią, a nawet darzyła niechęcią. Podejrzany, jak wynika z ustaleń prokuratury od dłuższego czasu planował zabójstwo dziewczynki.

 

Jak powiedział Mariusz Pindera z Prokuratury Okręgowej w Świdnicy:

 

Przesłuchiwany w charakterze podejrzanego początkowo nie przyznawał się do tego czynu, podał swoją wersję zdarzeń, która następnie była poddana weryfikacji w ramach wizji lokalnej, wykonywanej nie tylko na miejscu zdarzenia, ale obejmującej jego zachowanie także przed, w trakcie oraz po popełnieniu przestępstwa . W trakcie tych czynności, wizji lokalnej prowadzonej przez prokuratorów, zmienił zdanie i podał okoliczności zabójstwa, przyznał się do tego czynu i wskazał, jak to przebiegało.

 

Matka Kristiny, pani Agnieszka do kraju wróciła rok temu. Wcześniej pracowała w Irlandii, gdzie związała się i wyszła za mąż za obywatela Czech. Mieli troje dzieci, w tym zamordowaną  w ubiegły czwartek 10-letnią Kristinę.

 

/red./

Za: wp.pl

Foto: zrzut z Youtube