Skandal obyczajowy czy próba szantażu? Wydaje się, że to drugie. W dodatku z opłakanym końcem dla szantażującej.Rzecz dotyczy  parlamentarzysty PiS, Grzegorza Raczaka. To nie tylko polityk ale także profesorem i uznanym kardiochirurgiem. Prywatnie natomiast wdowcem i ojcem trójki dzieci.

 

Jak informuje gazeta.pl:

Poseł Prawa i Sprawiedliwości z Gdańska złożył zawiadomienie na prokuraturę dotyczące próby wyłudzenia od niego pieniędzy. Grzegorz Raczak twierdzi, ze szantażuje go młodsza o 30-40 lat prostytutka, z którą się regularnie spotykał.

 

Parlamentarzysta miał być szantażowany ujawnieniem kompromitujących go materiałów ze spotkań z prostytutką. Sam nie wypiera się tej znajomości, a nawet kontakt ze wspomnianą kobietą, jednak jak zauważa:

Prywatnie jestem mężczyzną po przejściach. (…) Niczego złego nie robiłem. Przyznaję, płaciłem za spotkania z tą kobietą. Uiszczałem opłatę, bo ja nie chcę nikogo krzywdzić. Nie chcę się żenić, nikomu nie obiecywałem małżeństwa. Nie dam się szantażować, niczego złego nie zrobiłem.

 

Poseł nie chciał płacić za rzekomo kompromitujące go materiały, a na próbę szantażu zareagował powiadomieniem odpowiednich organów, w tym prokuratury. Jak wynika z dziennikarskich ustaleń rzekoma szantażysta została już zatrzymana.

 

 

/red./

Foto: Youtube.com/zdjęcie poglądowe

W ostatnim czasie informowaliśmy o zatrzymaniu osób związanych niegdyś z zarządzeniem utytułowanym klubem jakim jest Wisła Kraków występująca w piłkarskiej Ekstraklasie. Już od paru lat mówi się, iż „Biała Gwiazda” przez decyzje poprzednich włodarzy wpadła w kłopoty, a w tle całej afery mają być duże pieniądze, a także wpływy gangsterów w dawnym zarządzie.

 

W ostatnich dniach aresztowana została była prezes Wisły Kraków Marzena S.-C., a także Robert S. i Tadeusz C., którzy wcześniej również odpowiadali za kierowanie klubem. Zatrzymana przez CBŚP została także Anna M.-Z., czyli żona Grzegorza Z. ps. „Zielak”, będącego obok Pawła M. ps. „Misiek” jednym z liderów grupy Wisła Sharks- gangu stworzonego przez pseudokibiców Wisły.

 

Ostatnie zatrzymania dotyczą sprawy prowadzonej przez Prokuraturę Okręgową w Poznaniu. Wiąże się ona z kwestią wyprowadzania pieniędzy i narażenia na straty finansowej spółki Wisła Kraków S.A.

 

Jak pisze portal sportowefakty.wp.pl, byłej prezes „Białej Gwiazdy” Marzenie S.-C. prokuratura przedstawiła dwa zarzuty dotyczące przestępstw gospodarczych związanych z wyrządzeniem szkody w imieniu Wisła Kraków S.A. w łącznej kwocie 7 295 868, a także narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo spowodowania powstania szkody majątkowej w wysokości 2 580 000 zł oraz uczestnictwa w grupie przestępczej, co zarzuca się również zatrzymanej Annie M.-Z., która jak donoszą lokalne media, prowadząc firmę oferującą usługi pielęgniarsko-położnicze miała uczestniczyć w wyprowadzaniu pieniędzy z Wisły Kraków przy podpisywaniu umów z klubem.

 

Prokuratura potwierdziła, że zeznawać w tej sprawie zaczął były wiceprezes „Białej Gwiazdy” Damian D., który w kwietniu również został zatrzymany przez funkcjonariuszy policji. Usłyszał on również zarzuty ws. wyprowadzania pieniędzy z Wisły Kraków, jednak zdecydował się współpracować z wymiarem sprawiedliwości. Bardzo możliwe, że to treść jego zeznań obciążyła byłą prezes Wisły Marzenę S.-C.

 

Wcześniej na podobny krok zdecydował się Paweł M. ps. „Misiek”, wieloletni lider bojówkarzy utożsamiających się z krakowską Wisłą. Złożył on obszerne zeznania, które mogą poważnie obciążać jego dawnych kolegów, z którymi prowadził przestępcze interesy. Paweł M. swego czasu prowadził również siłownię w budynkach należących do klubu.

 

Jak poinformował portal tvn24.pl, Marzena S.-C. choć usłyszała zarzuty, to jednak zgodnie z decyzją nie trafi ona do aresztu. Aby tak się stało musi ona zapłacić poręczenie majątkowe w wysokości 100 tysięcy złotych.

 

 

Źródło: tvn24.pl ; rmf24.pl ; sportowefakty.wp.pl

Fot.: Wikimedia Commons

 

 

Jestem jedną z piątki dziewczyn, które złożyły zawiadomienia i oświadczenia do prokuratury. Nie wszystkie chcą zeznawać, chcą zapomnieć o krzywdach, które im wyrządził- mówi o piekle jakie miała przejść Miriam Shaded. Jak przyznaje w rozmowie z wp.pl, była ofiarą psychicznego i fizycznego znęcania się nad nią. Miał go dokonywać jej chłopak, James.

 

Jak zauważa, nie było jej łatwo przyznać się do tego, ze była ofiarą przemocy. Chciała dać swojemu partnerowi drugą, a następnie kolejne szanse. To niestety, jedynie pogarszało jej sytuacje. Jak mówi o partnerze:

 

Niszczył sprzęty w mieszkaniu. Rozwalił mi laptopa, na którym miałam zapisany bardzo ważny projekt dla Syrii i straciłam całą pracę. Zaczął stosować przemoc. Pobił mnie kilka razy (…) Złapał mnie pod mieszkaniem. Wdarł się do niego i straszne mnie pobił. Połamał palce. Kazał mi mówić, że spadłam z roweru. Było mi bardzo wstyd i nie potrafiłam się nikomu przyznać.

 

Miriam Shaded, prezes fundacji Estera, znana jest m.in. z aktywności charytatywnej oraz politycznej. Swoje prywatne problemy postanowiła definitywnie zamknąć,  składając zeznania obciążające byłego partnera. Czego będą dotyczyć?:

 

Usiłowanie zabójstwa, znęcanie się, spowodowanie trwałych uszczerbków na zdrowiu takich jak złamania ręki i kciuka, uszkodzenie ucha, połamanie nosa, rozcięcie łuku brwiowego i wielu obrażeń głowy. Do tego ogromna trauma psychiczna. Będą jeszcze inne zarzuty, ale nie chcę o nich na razie mówić.

 

Miriam życzymy aby szybko wróciła do psychicznej równowagi, będziemy też informować o rozwoju sytuacji w tej sprawie.

 

 

/red./

Za: wp.pl

Foto: Youtube.com/zrzut z ekranu

Metody odebrania sobie życia bywają na tyle drastyczne i wiążące się z dużym bólem osoby umierające, że mogą naprawdę wywoływać szok i niedowierzanie. Ukazuje to również, jak bardzo zdeterminowani muszą być niektórzy ludzie, aby zakończyć swój żywot. Podobne refleksje może wywoływać również ta sprawa.

 

Cały dramat rozegrał się w tym przypadku na terenie Krakowa, a dokładniej blisko tamtejszego Rynku Głównego, bo na krakowskich Plantach. To tam około godz. 7 rano w dniu 31 sierpnia 2018 roku znaleziono ciało mężczyzny w wieku 62 lat. Co od początku wywoływało wiele pytań, nikt w chwili śmierci tego człowieka nie słyszał niepokojących krzyków, ani nie zauważył nic szczególnego, choć jak wspomnieliśmy jest to rejon samego centrum miasta.

 

Nie żyjącym mężczyzną okazał się być Wojciech G. Na jego ciele znaleziono rany kłute w rejonie klatki piersiowej, w której pozostawał również wbity nóż. Tak makabryczne odkrycie wywołało strach wśród niejednego mieszkańca Krakowa i wzbudziło wiele podejrzeń, że na Plantach doszło do brutalnego morderstwa.

 

Teraz, rok po tamtych wstrząsających wydarzeniach, prokuratura zdecydowała się umorzyć prowadzone w tej sprawie śledztwo. Stwierdzono, że doszło w tym przypadku do samobójstwa. Po przeprowadzonych procedurach takich jak np. oględziny miejsca znalezienia ciała czy przeprowadzone przesłuchania uznano, że w tej tragicznej śmierci nie brały udziału osoby trzecie. Fakt, że Wojciech G. był w stanie odebrać sobie życie wbijając sobie samemu kilka razy nóż w okolicach serca pozostaje dla wielu bardzo szokującym i wstrząsającym tematem.

 

W ramach postępowania przygotowawczego przeprowadzono oględziny miejsca ujawnienia zwłok i sekcję zwłok pokrzywdzonego. Zabezpieczono nóż z ciała ofiary, który następnie poddano badaniom daktyloskopijnym, chemicznym oraz biologicznym. Dokonano przeszukania mieszkania pokrzywdzonego. Przesłuchano szereg świadków. Uzyskano całość dokumentacji medycznej z leczenia pokrzywdzonego – powiedział cytowany przez portal Onet.pl rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Krakowie Janusz Hnatko.

 

Dramaturgii całej sprawie dodaje fakt, że 62-latek popełniając samobójstwo działał prawdopodobnie w sposób zaplanowany.

 

Analiza czynności procesowych przeprowadzonych w sprawie zgonu Wojciecha G. prowadzi do stwierdzenia, że w zdarzeniu związanym z jego śmiercią nie brały udziału osoby trzecie. Okoliczności zdarzenia wskazują, że działanie Wojciecha G. było zaplanowane i zorganizowane – przytacza słowa Janusza Hnatko portal Onet.pl.

 

 

 

Źródło: onet.pl

Fot.: Wikimedia Commons

Działania funkcjonariuszy policji miały trwać w rejonie ul. Reduta w Krakowie już od godzin porannych. O sprawie poinformował portal lovekrakow.pl, który miał zostać powiadomiony o zaistniałej sytuacji przez okolicznych mieszkańców. Jak się okazuje, sprawa dotyczyć ma przestępstwa popełnionego na tle seksualnym.

 

Miejscowa policja przekazała, że nie było przy okazji prowadzonych działań zagrożenia dla ludzkiego życia. Mają one być prowadzone na zlecenie prokuratury rejonowej z Nowej Huty.

 

Choć policja nie chciała szerzej komentować realizowanych czynności, to jak czytamy na lovekrakow.pl, działania przy ul. Reduta skomentował prokurator rejonowy Tomasz Moskwa. Postępowanie oraz prowadzone śledztwo dotyczy m.in. artykułu 197 § 1 kodeksu karnego. W jego treści czytamy, iż „kto przemocą, groźbą bezprawną lub podstępem doprowadza inną osobę do obcowania płciowego, podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 12”. Wskazuje to więc na fakt, że działania policji mają na celu postawienie przed sądem sprawcy gwałtu lub innej napaści na tle seksualnym.

 

Tyle mogę powiedzieć na ten moment. Jutro powinny być przeprowadzone czynności na okoliczności przesłuchania osoby pokrzywdzonej – poinformował prokurator Tomasz Moskwa cytowany przez portal lovekrakow.pl. Stwierdził też jednak, że w mieszkaniu należącym do potencjalnego sprawcy zabezpieczono takie przedmioty jak np.: nośniki cyfrowe. Mogą one mieć znaczącą rolę w prowadzonym postępowaniu.

 

 

Źródło: lovekrakow.pl

Fot.: Pixabay

 

W ostatnich miesiącach walka policji z przestępczością zorganizowaną opartą na pseudokibicach przyniosła sporą ilość akcji antyterrorystów oraz zatrzymań. Do skutecznych działań CBŚP przyczyniły się też zeznania ważnych w środowisku bojówkarzy osób, takich jak np. Paweł M. ps. „Misiek”, który od lat stał na czele gangu „Wisła Sharks” utożsamiającego się z krakowską „Białą Gwiazdą”. Jak donosi portal lovekrakow.pl, prokuratura kończy obecnie kolejny etap śledztwa dotyczącego tej grupy.

 

Trwające postępowanie dotyczy w dużej mierze 16 osób zatrzymanych w kwietniu na zlecenie śledczych. Postawiono im zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, a także wytwarzania i handlu narkotykami na terenie Polski w okresie od 2007 do 2018 roku.

 

W gronie zatrzymanych wówczas mężczyzn znalazł się również były wiceprezes Wisły Kraków- Damian D. Obecnie w areszcie przebywa 12 mężczyzn z tego grona, pozostałym sąd uchylił areszt, a jeden z zatrzymanych został wypuszczony do domu niedługo po przeprowadzeniu działań przez policjantów.

 

Jak informuje lovekrakow.pl, jeden z głównych świadków w tej sprawie, czyli wieloletni lider gangu Paweł M. ma być „dosłuchiwany”, a prokuratura skupia swoje działania na aresztowanych członkach grupy „Wisła Sharks”.

 

Weryfikowane przez śledczych są obecnie zeznania świadków, a także wyjaśnienia podejrzanych. Analiza tyczy się dosyć starych przewinień z okresu 2007-2010, nie jest jednak wykluczone, że do listy zarzutów dołączone zostaną kolejne, takie jak np. wymuszenia lub pobicia. Jak informuje portal, niektórzy mają mieć już na koncie wyroki za podobne przewinienia. Część z podejrzanych ma również przyznawać się do zarzucanych im czynów, celem skrócenia procesu.

 

Co również warte uwagi, po złożeniu obszernych zeznań i wyjaśnień przez słynnego już „Miśka” kolejne zatrzymania były niemalże jedynie formalnością. Jak się jednak okazało, dawni koledzy Pawła M., którzy w ostatnich latach mieli już nie uczestniczyć aktywnie w działalności gangu „Sharksów” mają sami zgłaszać się do prokuratury.

 

Dodatkowo w przypadku byłego działaczka klubu Damiana D., prowadzona jest przez Prokuraturę Regionalną w Poznaniu sprawa dotyczącą przestępstw gospodarczych. Chodzi tu o zarzuty związane z zarządzaniem spółką oraz jej majątkiem.

 

Jak czytamy na lovekrakow.pl, informacji tych nie komentuje szczegółowo prokuratura. Poinformowano jednak, że przeprowadzane czynności procesowe „zmierzające do kompleksowego wyjaśnienia wszystkich okoliczności będących przedmiotem śledztwa”.

 

Choć w Małopolsce rozbito grupy przestępcze oparte na bojówkarzach sympatyzujących z krakowskimi klubami piłkarskimi, to jednak na terenie Krakowa dochodziło w ostatnim czasie do kilku niepokojących zdarzeń jak np. podpalania samochodów, ataków na lokale w centrum miasta czy tzw. „wjazdów” z maczetami i innymi ostrymi narzędziami.

 

O tych zajściach pisaliśmy też tutaj:

Eksplozja, podpalenia i „wjazdy” z maczetami. Trwają starcia pseudokibiców [FOTO/WIDEO]

 

 

Źródło: lovekrakow.pl

Fot.: YouTube/Superwizjer TVN

 

Portal Bitmarket pl/net zakończył działalność w nocy z poniedziałku na wtorek. Polska najstarsza giełda kryptowalut istniała od 2014 roku. Sprawą zajęła się prokuratura.

 

Kryptowaluty to stosunkowo nowy rodzaj pieniądza. Są środkiem płatniczym w internecie i mają postać niematerialną. Najpopularniejszy jest oczywiście Bitcoin, który przez ostatnie lata budował swoją wartość. W zależności od okresu kosztował nawet 50 tysięcy złotych i stanowił temat spekulacji ekonomistów. Rosnąca popularność kryptowalut stała się także obszarem zainteresowanie rządów państw, które wciąż nie uregulowały w pełni funkcjonowania Bitcoina i spółki, ale same już w kryptowaluty inwestują, zwłaszcza USA i Chiny. Z początkiem bieżącego tygodnia odczuwalny cios przyjęła polska scena kryptowalut.

 

„Z przykrością informujemy, że w skutek utraty płynności, z dniem 08.07.2019 roku, Serwis Bitmarket.pl/net został zmuszony zakończyć swoją działalność. Będziemy informować Państwa o dalszych krokach.” – czytamy w komunikacie na stronie Bitmarketu. Tak też się stało, najstarsza polska platforma wymiany kryptowalut zakończyła funkcjonowanie.

 

Z kolei z oświadczenia wydawcy portalu firmy IQ Partners dowiadujemysię, że powodem upadłości była utrata ciągłości finansowej. Administratorzy nie rozwijają jednak dlaczego do tego doszło. „Zarząd IQ Partners S.A. (…) uzyskał informację (…) dotyczącą ryzyka zamknięcia w najbliższym czasie giełdy kryptowalutowej prowadzonej w domenie Bitmarket.pl z uwagi na brak możliwości regulowania zobowiązań przez operatora.”  Oświadczenie firmy cytuje portal „Poinformowani.pl”.

 

Dalej IQ Partners zakomunikowali, że sprawa została przekazana prokuraturze, która sprawdzi okoliczności finansowego funkcjonowania Bitmarketu.

 

Niestety okazuje się, że w związku z upadłością portalu poszkodowana została grupa użytkowników strony. Zawiązali swoją grupę i zamierzają odzyskać swoje aktywa.

 

Źródło: poinformowani.pl

Foto: pixabay.com

Całą historia zaczęła się14 czerwca br. Wtedy to na gorlicki SOR (Szpitalny Oddział Ratunkowy) trafiła 19-letnia mieszkanka powiatu gorlickiego, a jednocześnie praktykantka w SK Regietów. Stadnina ta znana jest głównie z hodowli koni huculskich, które wykorzystywano m.in. przy okazji kręcenia filmów Jerzego Hoffmana np. „Ogniem i mieczem”.  Dziewczyna informuje, że została zgwałcona. Jak się okazuje jako winnego gwałtu wskazuje  dyrektora stadniny, w której odbywała praktyki.

 

Dalej jest tylko „ciekawiej”. Wskazany przez poszkodowaną już w  kilkanaście godzin po zdarzeniu… przechodzi na emeryturę. Sprawy nie chce prowadzić miejscowa, gorlicka prokuratura, która wnosi o wyłączenie ze śledztwa.

 

Jak ustalili dziennikarze Onetu w feralny wieczór 13 czerwca:

 

Dyrektor C. ( w tekście onetu pada całe nazwisko- przyp.red.)  zabrał praktykantkę do Górnego Regietowa. Mieli razem oglądać konie. Dlaczego młoda dziewczyna pojechała ze starszym o 50 lat mężczyzną? – Dyrektor lubił mówić praktykantkom, że jak czegoś nie zrobią, to nie zaliczy im praktyk (…) Kiedy szef ośrodka i praktykantka wrócili do stadniny, nie było w niej już nikogo. Około godziny 5 nad ranem dziewczyna zadzwoniła do opiekunki praktyk. Była zapłakana, mówiła, że boi się dyrektora. Po kilkunastu minutach na miejscu pojawiła się jedna z pracownic, godzinę później przyjechała opiekunka.

 

Poszkodowaną dziewczynę zawieziono do domu rodzinnego., a następnie w towarzystwie matki na wspomniany wcześniej SOR.  Pracujący w gorlickim szpitalu lekarze zawiadomili policję, a sama poszkodowana złożyła wymagane zeznania, wskazując sprawcę. Policja, zgodnie z procedura  zawiadomienie o wszczęciu śledztwa skierowała do  Prokuratury Rejonowej w Gorlicach. ta jednak ustami swojego szefa,  Tadeusza Cebo  natychmiast złożyła wniosek o wyłączenie jej ze sprawy. Jak informują dziennikarze onetu, nieco później, pojawił się wniosek, by ze sprawy wyłączyć wszystkie prokuratury w okręgu sądeckim.

 

Ostatecznie sprawą zajmie się Prokuratura Okręgowa w Kielcach. Ta zasłaniając się tajemnica śledztwa nie chce udzielać żadnych informacji, zapewniając jednocześnie, że prowadzi czynności w tej sprawie. Tymczasem oskarżany przez dziewczynę o gwałt były już dyrektur stadniny jest od kilkunastu dni na wspomnianej emeryturze, a niemal natychmiast został mianowany jego następca, który nie chce komentować całej sprawy.

 

/red./

Za: onet.pl

Foto: zrzut z Youtube.com/zdjęcie poglądowe

Bartłomiej Misiewicz wyszedł wczoraj (czwartek) na wolność z aresztu w Tarnowie. Jego przedstawiciel Luka Szaranowicz wyjawił w rozmowie z Super Expresem nowe fakty na temat swojego klienta.

 

Jak relacjonuje prawnik, wyjście Misiewicza umożliwiła kaucja w wysokości 100 tysięcy złotych wpłacona przez ojca 29-letniego polityka. Mimo iż prokuratura wniosła sprzeciw, sąd zdecydował o wyjściu byłego pracownika MON po ponad pół rocznej odsiadce w areszcie.

 

Jak czytamy w Super Expresie, ograniczenie wolności mocno zmieniło Misiewicza. Miał schudnąć nawet kilkanaście kilogramów oraz nabrać większego dystansu do całej sprawy. Szaranowicz wyjawił także, że jego klient pracował podczas pobytu w areszcie jako bibliotekarz. Organizował i wydawał książki innym osadzonym w lokalnej biblioteczce, co miało mieć bardzo dobry wpływ na Misiewicza.

 

Były współpracownik Antoniego Macierewicza w Ministerstwie Obrony Narodowej ogłosił swoje wyjście na wolność na łamach Twittera. Poprosił by nie pisać więcej o nim „Bartłomiej M.”, tylko używać pełnego nazwiska. Deklaruje iż teraz udowodni swoją niewinność.