To co rozegrało się w jednym z miast na południu Polski może być szokujące dla wielu czytelników. Niestety wydarzenie to można śmiało uznać za makabryczne, a szczegóły tragedii mogą być nieodpowiednie dla szczególnie wrażliwych osób. Przy tym wszystkim, dosyć tajemnicze są okoliczności całej historii.

 

Wstrząsająca sytuacja rozegrała się w miejscowości Orzesze, leżącej na terenie województwa śląskiego. W jednym z domów przy ulicy Pocztowej doszło tydzień temu do strasznej tragedii. Wielu intryguje fakt, że wydarzyło się to w rodzinie, która nigdy nie stwarzała problemów i nie przejawiała niepokojących zachowań w oczach sąsiadów. Na podwórku przy tej posiadłości widać trampolinę, zjeżdżalnie i dość zadbane otoczenie domu. Miejsce to niestety stało się świadkiem przerażających scen.

 

Tamtego nieszczęśliwego dnia, w domu tym dostrzeżony został pożar. Kiedy na miejsce przybyły służby, dokonano makabrycznego odkrycia. Obok budynku znajdowała się bowiem ranna kobieta, którą przetransportowano do szpitala. Wewnątrz domu znaleziono jednak już martwych ludzi, czyli jej męża i dziecko. Mężczyzna miał mieć rany w okolicach klatki piersiowej, a 10-letnia córka Klaudia została według ustaleń śledczych uduszona.

 

To jak wyglądały obrażenia wszystkich członków tejże rodziny oraz fakt, że w opinii sąsiadów była to normalna rodzina, która jeszcze niedawno wspólnie miło spędzała czas przy grillu, wywołało wiele pytań oraz wątpliwości co do tego co właściwie tam się stało i kto jest odpowiedzialny za całą tragedię. Jak potwierdziła policja, nikt w tej rodzinie nie był też objęty przymusową kwarantanną w związku z epidemią. Śledczy wzięli pod uwagę, że winna jest matka lub ojciec dziecka.

 

Jak podaje portal Fakt.pl, nowe światło na sprawę rzucić miały kolejne ustalenia w śledztwie i przesłuchanie rannej kobiety. Najbardziej prawdopodobna zdaniem prokuratorów z Mikołowa jest wersja mówiąca o tym, że to mężczyzna doprowadził do śmierci dziecka, zaatakował swoją małżonkę, wywołał pożar i w brutalny sposób pozbawił się życia.

 

Szymon Sz. od kilku miesięcy pracować miał jako kierowca tira. Wcześniej jednak zajmował się też innymi biznesami. Według tej najbardziej zdaniem prokuratury wersji wydarzeń, do tak okrutnego czynu pchnąć miały go problemy finansowe. Mężczyzna miał mieć bowiem sporo długów.

 

 

Źródło: TVP Info ; Fakt.pl

Fot.: Flickr

Pomimo trwającej pandemii i czasu, kiedy obywatele mają obowiązek izolować się oraz pozostawać w domach bez konieczności wychodzenia poza teren zamieszkania, to jednak służby nadal mają sporo pracy i to nie tylko tej związanej z zaistniałą sytuacją wynikającą z pandemii. Dowodem na to, że o bezpieczeństwo należy dbać jest chociażby sytuacja jaka wydarzyła się ostatniej nocy na terenie województwa śląskiego. Policja zdecydowała się użyć broni służbowej podczas prowadzonych działań. Sprawę opisał portal rmf24.pl.

 

Zdarzenie miejsce miało miejsce na terenie Tychów. Policjanci ruszyli w pościg za jednym z samochodów marki mercedes.

 

Kierowca pojazdu nie zatrzymał się do kontroli, a na dodatek starał się prowadzonym przez siebie autem staranować policyjny radiowóz.

 

Funkcjonariusze policji postanowili ruszyć w pościg. Kiedy samochód odjeżdżał, wówczas jeden z policjantów zdecydował się oddać cztery strzały ze swojej służbowej broni w kierunku uciekającego auta.

 

Jak się okazało samochód uciekiniera został porzucony w rejonie terenów leśnych. Funkcjonariusze zdołali nieco później odnaleźć również człowieka, który siedział za kierownicą mercedesa. Sprawcą całego zamieszania był 34-letni Bartłomiej G.

 

 

 

Źródło: rmf24.pl

Fot.: Flickr

Niepokojące sceny rozegrały się w rejonie centrum jednego ze znanych polskich miast. Doszło tam do scysji pomiędzy mężczyznami, która zakończyła się użyciem broni, a także interwencją policji. Do działań zaangażowani zostali również antyterroryści.

 

Nietypowe sceny rozegrały się w stolicy województwa śląskiego- Katowicach. Miało to miejsce w miniony weekend, w sobotni wieczór około godz. 23 doszło do spięcia pomiędzy kilkoma mężczyznami pod jednym z tamtejszych budynków mieszkalnych. Byli to dwa bracia w wieku 38 i 34 lata, a także ich oponent- 54-letni mężczyzna.

 

Bracia mieli pobić się z wychodzącym z bloku 54-latkiem. To właśnie 38-latek i 34-latek mieli być osobami, które zaatakowały swoją ofiarę, a jeden z braci miał przy sobie też pałką, którą chciał posłużyć się przy ataku. Zaatakowany początkowo mężczyzna wyciągnął jednak broń, którą postrzelił jednego z agresorów- 38-latka, który to właśnie posiadał niebezpieczny przedmiot w postaci pałki.

 

 

Policjanci po dotarciu na miejsce starali się udzielić pomocy postrzelonemu mężczyźnie. Co ciekawe, zostali wtedy jednak zaatakowani przez brata poszkodowanego od tyłu. Funkcjonariusz zdecydował się wówczas użyć służbowej broni, w wyniku czego również 34-latek został ranny.

 

Kolejnego dnia, w niedzielę, policyjni antyterroryści weszli do bloku, w którym mieszkał 54-letni mężczyzna i zatrzymali go. Jak przekazała w rozmowie z TVP Info mł. asp. Agnieszka Żyłka, rzeczniczka katowickiej policji, w piwnicy odnaleziono pistolet, którym dzień wcześniej posłużył się 54-latek.

 

Choć nie są znane dokładne szczegóły i oficjalne ustalenia dotyczące okoliczności oraz konfliktu mężczyzn, to według medialnych doniesień, pomiędzy mężczyznami doszło do awantury kilka dni przed sobotnim zajściem w centrum Katowic.

 

 

Źródło: TVP Info ; rmf24.pl ; o2.pl

Fot.: Pixabay

 

 

Przez ostatnie lata, działania policji doprowadziły do rozbicia sporej części działających na terenie naszego kraju struktur grup przestępczych opartych na środowisku pseudokibiców utożsamiających się z różnymi klubami sportowymi. Do jednych z głośniejszych spraw należą bez wątpienia te związane ze stworzonymi przez kiboli gangami w województwie małopolskim oraz śląskim. W ich przypadku mówiło się o bardzo brutalnych i różnorodnych kryminalnych działaniach, jak również osobach, które przez swoją działalność w przestępczym półświatku stały się nawet sławne.

 

Do takich ludzi zaliczyć można Pawła M. ps. „Misiek”. Został on jednym z najbardziej rozpoznawalnych przedstawiciela środowiska polskich pseudokibiców. Był współtwórcą gangu „Wisła Sharks” w Małopolsce, będącego swoistą bojówką chuliganów sympatyzujących z krakowską „Białą Gwiazdą”. Paweł M. stał się popularny już w altach 90-tych, po tym jak rzucił nożem we włoskiego piłkarza Dino Baggio w trakcie spotkania Wisły Kraków z Parmą. Teraz jednak jest on znienawidzoną osobą wśród sporej grupy swoich dawnych kompanów.

 

„Misiek” został zatrzymany we Włoszech, a następnie przekazany stronie polskiej po miesiącach poszukiwania jego osoby listem gończym. Wcześniej uciekł on z Polski, niedługo przed tym, jak policyjni antyterroryści weszli do domów, w których zatrzymywali członków grupy „Wisła Sharks”.

 

Były lider pseudokibiców Wisły stał się dla ludzi, z którymi współpracował „persona non grata” odkąd zdecydował się współpracować z prokuraturą i składać obszerne zeznania w temacie przestępczych działań jakich podejmował się przez lata, wraz z innymi osobami. Treść tychże jego zeznań zająć miała setki stron, na których znalazły się wyjaśnienia Pawła M. obciążające ludzi, z którymi utrzymywał wcześniej koleżeńskie relacje i wspólnie realizował interesy.

 

Ludzie z „Wisła Sharks” współpracowali w ostatnich latach m.in. z gangiem „Psycho Fans” stworzonym przez bojówkarzy kibicujących Ruchowi Chorzów. To właśnie w procesie tej grupy miał również zeznawać „Misiek” w ostatnim czasie. Wydarzyło się jednak przy tej okazji coś co wielu może zaskoczyć.

 

Czytaj też:

Bezwzględne ataki i „fruwające mięso”, czyli krwawe zeznania kibola

 

Jak podaje wyborcza.pl, Paweł M. miał odmówić udania się do Katowic na rozprawę ws. „Psycho Fans”. Powodem takiego stanu rzeczy miały być obawy o swoje bezpieczeństwo. Były lider bojówki Wisły Kraków miał nie chcieć opuszczać celi, pomimo tego iż miał zostać przetransportowany policyjnym konwojem.

 

 

Źródło: wyborcza.pl ; gazetakrakowska.pl

Fot.: YouTube/Superwizjer TVN (zrzut ekranu)

Trwa proces członków gangu „Psycho Fans”. Grupa ta stanowiła bojówkę pseudokibiców utożsamiających się z Ruchem Chorzów. Równocześnie jednak, jej członkowie zajmowali się też znacznie poważniejszymi przestępstwami niż organizowanie tzw. ustawek czy uliczne bójki z fanami innych drużyn. O brutalnych działaniach ludzi z „Psycho Fans” postanowili opowiedzieć niektórzy skruszeni bojówkarze. Wśród z nich znalazł się również Łukasz B. ps. „Baluś”, który niegdyś miał pełnić rolę szefa „wywiadu gangu”. Podczas składania w ostatnim czasie zeznań przed sądem opowiedział on o brutalnych działaniach jakich podejmowała się chorzowska bojówka wraz z zaprzyjaźnionymi członkami „Wisła Sharks”, gangu pseudokibiców krakowskiej Wisły. W procesie oskarżonych jest ponad 40 osób związanych z „Psycho Fans”.

 

Opisane przesłuchanie Łukasza B. mogło być jednym z kluczowych dla tej sprawy. Mężczyzna odpowiadał na pytania sądu znajdując się w specjalnie strzeżonej sali rozpraw. „Baluś” miał niegdyś być blisko kierownictwa gangu i odpowiadać za swoisty wywiad mający na celu pozyskiwanie informacje ze struktur innych bojówek.

 

Skruszony gangster otrzymał status „małego świadka koronnego” i wyszedł na wolność decydując się na współpracę z prokuraturą. Składanie obciążających jego dawnych kompanów zeznań przypłacił on nie tylko epitetami jakie pojawiają się w jego kierunku na murach przy okazji tworzenia graffiti, ale też koniecznością uważania na bezpieczeństwo swoje oraz bliskich. W 2019 roku miało dojść do nieudanego zamachu na jego życie.

 

„Baluś” opowiadał m.in. o planowaniu i zrealizowaniu przez „Psycho Fans” oraz „Wisła Sharks” krwawego ataku na Daniela D. ps. „Romek”, który kierować miał wrogim gangiem pseudokibiców GKS Katowice.

 

– W 2017 roku postanowiliśmy dać nauczkę Danielowi D. ps. „Romek”. On był dowódcą grupy Persona Non Grata. To bojówka kibiców Gieksy. „Romek” był motorem napędowym wszystkich działań przeciwko kibicom Ruchu Chorzów, dlatego zapadła decyzja, że ma zostać „zrobiony do spodu”

– wyjaśniał Łukasz B. na sali rozpraw.

 

Dopytywany przez sąd o znaczenie słów „zrobiony do spodu” wyjaśnił, że planowano pobić „Romka” w taki sposób, aby ten się wykrwawił lub musiał poruszać się na wózku inwalidzkim. Taki sposób działania miał pozwolić uniknąć sprawcom zarzutu zabójstwa i odpowiadać za jedynie pobicie ze skutkiem śmiertelnym.

 

Bojówkarze mieli próbować zaatakować Daniela D. trzykrotnie. Członkowie „Wisła Sharks” mieli wspierać ich ze względu na fakt doświadczenia w tego typu „akcjach”. Należy pamiętać, że grupa ta odpowiada za zakończone śmiercią ataki na bojówkarzy Cracovii i inne bezwzględne przestępstwa. Do brutalnych działań w wykonaniu „Sharksów” doszło m.in. w 2011 roku na krakowskim Kurdwanowie, kiedy przed południem zadano wiele ran ostrymi narzędziami Tomaszowi C. ps. „Człowiek”, w 2018 roku na terenie osiedla Prokocim, gdzie zabity został nastoletni Miłosz B., ale też w 2007 w Kielcach, gdzie z rąk kibola Wisły zginął fan Korony znany jako „Małpa”.

 

Atak na „Romka” miał być już więc kolejnym tego typu, w którym uczestniczyli „Sharksi”. Stąd też stanowili odpowiednie wsparcie dla gangsterów z „Psycho Fans”.

 

Jak opowiedział podczas zeznań „Baluś”, pierwsza próba ataku nie wyszła, ponieważ chorzowscy bojówkarze nie otrzymali „cynku od zaprzyjaźnionego kibica z Katowic”. Za drugim razem, chciano zaatakować „Romka”, kiedy ten miał zmierzać w stronę przedszkola, w celu odebrania swojego dziecka. Jak podaje „Gazeta Wyborcza”, według skruszonego gangstera, informacje o adresie placówki przedszkolnej miała przekazać im Dominika P, która również zasiadała na sali rozpraw, kiedy o wszystkim opowiadał Łukasz B.

 

Dominika była kiedyś ze „Skubolem” , ale kiedy „Skubola” zamknęli za bijatykę z meksykańskimi marynarzami w Gdyni, to pojechała na dyskotekę do Katowic i „zrobiła loda” takiemu bramkarzowi z Gieksy. Potem nawet przez jakiś czas była z nim w związku. To był policzek nie tylko dla „Skubola”, ale całej ekipy Ruchu

– powiedział „Baluś”.

 

Został dopytany przez sąd słowami: „Co zrobiła temu bramkarzowi?”

 

Zrobiła mu loda. A potem chyba chciała odkupić swoje winy i przekazała adres tego przedszkola, a także mieszkania jeszcze jednego „gieksiarza”

– odpowiedział.

 

Atak i tym razem miał nie dojść do skutku, ponieważ pod budynek podjechał bus, którym odjechały dzieci. Napaść na Daniela D. udało się im jednak skutecznie przeprowadzić za trzecim razem, w 2017 roku na terenie Katowic.

 

– „Romek” to duży dwumetrowy facet. Jak zobaczył, że w bmw otwierają się drzwi, wiedział, co się wydarzy i próbował uciekać. Z rozpędu połamał szlaban na parkingu, przewrócił się, potem trzymał się płotu i wył. A „Misiek” i „Dzidek” go obrabiali maczetami. Widziałem latające strzępy mięsa. „Dzidek” uderzał go maczetą trzymaną w obu dłoniach. Nie mogłem wyjść na frajera i tylko się przyglądać. Podszedłem i też zadałem mu trzy, cztery ciosy maczetą

– Opowiadał niegdyś członek gangu, a dziś „Mały świadek koronny”.

 

Warto wspomnieć, że biorący udział w tej akcji Paweł M. ps. „Misiek” był przez lata najbardziej znanym bojówkarzem Wisły Kraków, a zarazem przywódcą grupy „Wisła Sharks”. Po zatrzymaniu we Włoszech, również on zdecydował się pójść na współpracę z prokuraturą i obciążyć zeznaniami swoich dawnych kolegów.

 

Przy ataku na Damiana D., według zeznań „Balusia”, to „Misiek” dał w pewnym momencie sygnał, że pora uciekać.  Wówczas obydwaj mieli wsiąść do BMW i chcieli już odjeżdżać, jednak „Dzidek” najdłużej z nich zadawał rany „Romkowi”. Jak opowiadał Łukasz B., szef „Wisła Sharks” miał w drodze zarzucać „Dzidkowi”, że ten „za cholerę nie ma umiaru”.

 

Zaatakowany lider chuliganów katowickiego klubu przeżył, pomimo odniesienia tak poważnych obrażeń. Według medialnych doniesień, można śmiało mówić tu nawet o „przeżyciu cudem”.

 

Według treści zeznań, na zlecenie lidera „Psycho Fans” Łukasza L. ps. „Lucki”, kibol o pseudonimie „Celebryta” miał spalić ukryte na polach w Rudzie Śląskiej auto.

 

– Kazaliśmy mu po wszystkim zniszczyć obuwie, aby policja nie dopadła go po śladach. On zaczął jednak marudzić, że ma markowe buty za pięć stówek, więc odpaliliśmy mu po 300 zł

– opowiedział świadek.

 

W dniu ataku, na terenie Chorzowa doszło również do spotkania z większym gronem bojówkarzy „Białej Gwiazdy”, którzy do województwa śląskiego przyjechali na tzw. ustawkę. Według „Balusia” wrażenie wywarło na nim to, jak członkowie „Wisła Sharks” przechwalają się przeprowadzonymi brutalnymi atakami.

 

– Byłem zszokowany, bo oni wszyscy już wiedzieli, że zrobiliśmy „Romka”. U nas o takich akcjach wiedziało niewielkie grono ludzi, a oni się tym wręcz przechwalali. „Misiek” opowiadał z dumą, że chyba przebił „Romkowi” płuco. A „Dzidek” chodził i powtarzał: „dobrze tej kurwie, dawać mi następnego, bo wilkołak jest głodny”. To mną wstrząsnęło, bo ledwo wróciliśmy z jednej roboty, a on już chciał wyciąć kolejna osobę

– wyjaśniał „Baluś”.

 

Podczas rozprawy, skruszony gangster opowiedział też o innym ataku, w którym życie stracił Dariusz D., znany człowiek w środowisko pseudokibiców Górnika Zabrze. Zdaniem „małego świadka koronnego”, ta akcja była dosyć spontaniczna.

 

– To nie było zaplanowane. Niewielka ekipa Psycho Fans wraz z grupą małolatów pojechała tam zamalowywać na murach emblematy Górnika. Kiedy już wracaliśmy, nagle mignęło nam jadące auto Dariusza P.

– mówił były szef „wywiadu grupy” przed sądem.

 

Po dostrzeżeniu pojazdu, którym poruszał się Dariusz P., ludzie z „Psycho Fans” zaczęli go szukać. Ten w pewnym momencie miał wyjechać wprost na samochód Łukasza B.

 

– Zatrzymał się, popatrzył na nas, po czym wyskoczył z auta i zaczął uciekać pieszo. „Gała” i „Ruby” kijami rozwalili jego wóz, a małolaty ruszyły za nim w pościg. Czekaliśmy, bo nie wiedziałem, czy go dopadli, czy nie. W końcu wsiadłem do auta i pojechałem zobaczyć, co się stało. Dariusz P. leżał na skrzyżowaniu, wyglądał, jakby uszło z niego życie

– zeznał „Baluś” przed sądem.

 

Zaatakowany nie odzyskał przytomności i zmarł w szpitalu. Napastnicy uciekli w kierunku Bytomia mając świadomość, że zgodnie z procedurami w poszukiwanie sprawców zaangażowane zostaną w pierwszej kolejności policyjne patrole jedynie na terenie Rudy Śląskiej. W samochodzie uciekinierów miało dojść do kolejnej kłótni dotyczącej zbyt dużej brutalności niektórych z nich.

 

– Już w aucie doszło do awantury. Jeden z chłopaków zaczął gadać, że „Kajo” przesadził, bo w chuj skakał P. po głowie. A „Kajo” nic sobie z tego nie zrobił. Powiedział, że mu się należało, bo był z Górnika

– wspominał Łukasz B.

 

„Psycho Fans” zdołali zdobyć też nagranie z monitoringu jednego ze sklepów, na którym zarejestrowano moment ataku. Nagranie to zostało później przekazane za pośrednictwem kibiców GKS-u Katowice fanom Górnika Zabrze oraz opublikowane w sieci, co miało na celu obalenie plotek na temat rzekomego zaatakowania Dariusza P. przy użyciu maczet.

 

„Baluś” opowiadał też m.in. o tym jak chorzowscy bojówkarze okradli nielegalną fabrykę papierosów prowadzoną przez gang pseudokibiców Zagłębia Sosnowiec. Przy akcji tej mieli posłużyć się nadajnikiem GPS. Mówił też o krwawej „ustawce” umówionej z bojówkami sosnowieckiego klubu oraz BKS-u Bielsko Biała. Ustalono wówczas, że w bijatyce wezmą udział tylko chuligani urodzeni w 1990 roku.

 

– Przywódca bojówki BKS-u przyniósł nam dowody osobiste do sprawdzenia, ale „Maślak” powiedział, że wszyscy jesteśmy chuliganami i sobie ufamy

– relacjonował tamto zdarzenie „Baluś”.

 

W tym brutalnym starciu, ostatecznie chuligani chorzowskiego Ruchu mieli ponieść porażkę.

 

Przesłuchanie „Balusia” w sądzie zakończyło się pewnym incydentem. Partnerka jednego z oskarżonych skierowała bowiem obraźliwe słowa w kierunku opuszczającego salę byłego członka „Psycho Fans”.

 

– Ty gruba konfidencka ku***!

– wykrzyczała w sądzie kobieta.

 

 

Źródło: katowice.wyborcza.pl ; realnefakty.pl

Fot.: YouTube/Niebiescypl (zrzut ekranu)

 

 

 

Dzieci z podejrzeniem koronawirusa zostały przetransportowane do jednego ze szpitali na południu naszego kraju. Pojawiające się w mediach informacje na ten temat mogły zaniepokoić dużo ludzi w czasie, kiedy cały świat z obawami spogląda na to co dzieje się na świecie w kwestii rozprzestrzeniania się tego nowego niebezpiecznego wirusa, którego źródło znajdować ma się w chińskim Wuhan.

 

O tym, że w jednej z placówek znalazły się młode osoby, które mogły zarazić się koronawirusem poinformowała krakowska „Gazeta Wyborcza”. To właśnie do znajdującego się w Krakowie szpitala im. Stefana Żeromskiego trafiła dwójka dzieci po przylocie do Polski.

 

Były one wraz z rodzicami w ostatnich dniach na wczasach. Powracając do ojczyzny, ludzie ci przesiadali się w Pekinie. Po powrocie do rodzinnego Śląska dzieci źle się poczuły w związku z czym podjęto decyzję o hospitalizacji. Zostały one jednak przewiezione na obserwację do Krakowa, ponieważ śląskie szpitale mają zdaniem „GW” nie dysponować oddziałami zakaźnymi dla tak młodych ludzi.

 

Najprawdopodobniej jednak, możemy być spokojni zarówno o zdrowie dzieci, jak i o brak zachorowań na nową chorobę w naszym kraju. Dwójka dzieci będących w krakowskim szpitalu pod obserwacją, prawdopodobnie opuści szpital już we wtorek lub środę, ponieważ nie potwierdzono, że dzieci zaraziły się śmiertelnym koronawirusem.

 

– Miały objawy zakażenia górnych dróg oddechowych. Ale ani wywiad medyczny, ani przebieg choroby nie potwierdzają, że mamy do czynienia ze śmiertelnym koronawirusem z Chin.

– powiedział w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” dyrektor szpitala Jerzy Friediger.

 

Niestety jednak, przypadki zachorowań na koronawirus z Chin, zidentyfikowano już nie tylko w Azji, ale też w Europie, Stanach Zjednoczonych i Australii.

 

 

Źródło: krakow.wyborcza.pl ; doRzeczy.pl

Fot.: Flickr

Wszystko działo się na Śląsku. Droga w kierunku do Częstochowy. Wracający z dyżuru dwaj policjanci zauważyli płonący samochód na poboczu jezdni.

Funkcjonariusze zablokowali ruch, zapewniając korytarz bezpieczeństwa dla przejazdu wezwanych służb ratunkowych i natychmiast ruszyli z pomocą. Odciągnęli mężczyznę od pożaru na bezpieczną odległość. Chwilę później nastąpiła eksplozja paliwa i wybuch akumulatora, po czym cały samochód stanął w płomieniach.

Policjanci uratowali kierowcę z płonącego samochodu

Policjanci uratowali kierowcę z płonącego samochodu

 

Policjanci uratowali kierowcę z płonącego samochodu

Na miejsce szybko przyjechała straż pożarna, która ugasiła ogień. Mężczyźnie (obywatelowi Niemiec) na szczęście nic się nie stało.

 

se.pl/Red/Fot policja śląska

Zdaniem ekspertów od bezpieczeństwa, położenie geograficzne naszego kraju dodatkowo determinuje fakt, że przez tereny Polski przebiegała spora liczba tras przemytu narkotyków, a przedstawiciele międzynarodowych mafii mogą w dalszym ciągu starać się wykorzystać tę część Europy do swoich nielegalnych interesów. Potwierdza to m.in. niedawna, głośna w mediach sprawa udaremnienia przemytu kilku ton narkotyków, które przybywały do Polski z Południowej Ameryki, a w ich przemyt zaangażowany miał być słynny kartel z Medellín. Jak się jednak okazuje, nie tylko słynne organizacje mafijne z południowoamerykańskich państw starały się realizować interesy we współpracy z polskimi gangsterami. Jak podał portal rmf24.pl, według ustaleń ich dziennikarzy, na terenie naszego kraju działania prowadzić miała inna znana przestępcza organizacja z innego odległego kraju.

 

Według reporterów radia RMF FM, w Polsce swoich ludzi miała posiadać słynna mafijna organizacja chińska, jaką jest Sun Yee On. Ma to być największa tzw. chińska triada, a zarazem najpopularniejsza organizacja mafijna z Chińskiej Republiki Ludowej.

 

W toku prowadzonego w tej sprawie śledztwa, przewijać mają się nazwiska zarówno polskich, jak i chińskich przestępców, a wśród nich również Tse Chi-Lopa, urodzonego w Kanadzie znanego chińskiego mafiozy, który w opinii śledczych zajmujących się jego osobą, odpowiada za realizację przestępczego międzynarodowego biznesu na podobnym poziomie co znany meksykański boss El Chapo. W procederze uczestniczyły też jednak osoby z innych państw.

 

Sprawą zajęło się Centralne Biuro Śledcze Policji w Bielsko-Białej po otrzymaniu informacji od strony australijskiej, bowiem to właśnie na terenie województwa śląskiego skupiać się miała działalność „macek” chińskiej triady w Polsce. Jak podaje RMF FM, w ramach prowadzonego przez Śląski Wydział Zamiejscowy Prokuratury Krajowej śledztwa ustalono, że w naszym kraju brały udział w gangsterskim biznesie, opartym o chińskie struktury mafijne, takie osoby jak Tomasz N., Igor D. i Czesław M. Zamieszany w sprawę ma być również obywatel Czech Zbigniew M., a także inni ludzie działający m.in. na terenie Holandii, Wielkiej Brytanii czy Chin, których nazwisk jeszcze nie ustalono.

 

Sprawa dotyczy przemytu setek kilogramów narkotyków. Były one transportowane przez nasz kraj oraz tereny innych europejskich państw do Holandii oraz Australii, a także docierały do Europy z Kolumbii. Nad wszystkim czuwać miała właśnie słynna triada Sun Yee On, która współpracę ze swoimi polskimi przedstawicielami nawiązała, gdy ci spędzali wakacje na Filipinach. Miało to miejsce w październiku 2014 roku, kiedy 23-letni wówczas Igor D. i 29-letni Tomasz N. uzgodnili szczegóły początków wspólnych działań z chińską mafią. Pierwszy z nich w tej działalności odpowiadał za logistykę, zaś drugi pełnił rolę łącznika w kontaktach z dalekowschodnimi mocodawcami. Sprawami technicznymi, związanymi przykładowo z ukrywaniem przemycanych narkotyków w pojazdach, zajmował się natomiast Czech Zbigniew M.

 

O upadku całej sieci przestępczej przesądziły zapewne kolejne wpadki jakie zdarzały się przy transportowaniu narkotyków oraz mające przy ich okazji zatrzymania. Wciąż poszukiwany jest jednak wspomniany szef Sun Yee On, który ścigany jest przez aż 20 agencji azjatyckich, europejskich, a także południowoamerykańskich w ramach operacji o kryptonimie „Kungur”.

 

Fakt, że osoby kierujące słynną chińską przestępczą organizacją nawiązują kontakty międzynarodowe nie jest czymś nadzwyczajnym. Współpracują oni też bowiem m.in. z australijskimi gangami motocyklowymi, gangsterami w Ameryce Południowej, a także japońską Yakuzą.

 

W Polsce zakończyło się jednak już śledztwo dotyczące polskiej odnogi chińskiej mafii. W akcie oskarżenia prokuratura wnioskuje o to, aby Czesław M. odpowiedział za trzy, Tomasz N. za sześć, a Igor D. za aż dwanaście zarzutów. Polscy śledczy zdaniem RMF FM, mieli jednak nie zdołać ustalić, kto kierował tą grupą przestępczą podlegającą chińskim mafiozom.

 

Do Kanady został jednak skierowany w trakcie śledztwa wniosek w sprawie udzielenia międzynarodowej pomocy prawnej, która ma przysłużyć się potwierdzeniu personaliów jednego z najbardziej poszukiwanych na świecie mafiozów- wspomnianego Tse Chi-Lopa, szefa słynnej chińskiej triady.

 

 

 

Źródło: rmf24.pl ; onet.pl

Fot.: Pixabay

 

 

 

 

 

Coraz więcej wiadomo o dokonanym wczoraj ataku na terenie czeskiej Ostrawy, a dokładniej na izbie przyjęć w jednym z wydziałów tamtejszego szpitala. Napastnik, który otworzył ogień do ludzi w budynku miał popełnić później samobójstwo.

 

Sprawca ataku wtargnął na izbę przyjęć na SOR-rze uzbrojony w broń krótką i przegonić stamtąd dzieci, a następnie z zimną krwią pozbawiać życia znajdujących się w poczekalni dorosłych pacjentów. Mężczyzna zabił tam pięć osób. Szósta ofiara zmarła nieco później w wyniku odniesionych w strzelaninie obrażeń, a kilkoro osób zostało rannych. Ofiar mogło by być więcej, gdyby nie sprawne działanie personelu szpitala oraz pacjentów. Ludzie ukryli się w gabinetach, pozamykali w nich drzwi i zawiadomili policję o zaistniałej sytuacji. Na miejsce szybko przybyli funkcjonariusze. Zdecydowano się zamknąć też znajdujący się niedaleko kampus i rozpoczęto pościg za sprawcą.

 

Napastnikiem okazał cię być 42-letni Ctirad Vitásek. Zdaniem niektórych świadków, po dokonaniu krwawego ataku w szpitalu, mężczyzna miał przyłożyć sobie broń do głowy, jednak wtedy jeszcze nie pozbawił się życia, a zaczął uciekać przed docierającymi na miejsce tragedii oddziałami policji.

 

42-latek pochodził z terenów czeskiego Śląska, a dokładniej z okolic miejscowości Opawa. Był on z zawodu technikiem budowlanym. Część jego znajomych z pracy nie kryła zaskoczenia faktem, że to właśnie on dokonał tego okrutnego czynu.

 

Zawsze był pogodny. Jeździliśmy razem na narty, uprawialiśmy sport. Był po prostu normalnym facetem – opowiadał w rozmowie z czeskimi mediami jeden z kolegów Citrada Vitáska.

 

Swoją zbrodnie napastnik dokonywać miał z zimną krwią. Jak opowiadali świadkowie ataku, Vitásek strzelał do bezbronnych ludzi celując w okolice głowy i klatki piersiowej.

 

Kiedy sprawca zaczął uciekać, policja opublikowała w mediach jego wizerunek i poinformowała, że porusza się on srebrno-szarym samochodem marki Renault Laguna. Pojawiły się wówczas też informacje, że mężczyzna był wcześniej kilkukrotnie karany za drobne przestępstwa oraz akty agresji.

 

Wiadomo, że w namierzeniu Citrada Vitáska pomagała służbom jego matka. Była ona osobą na tyle mu bliską, że to z nią skontaktował się po dokonaniu ataku w szpitalu w Ostrawie. Pojawiają się w mediach rozbieżne informacje na temat tego w jaki sposób to zrobił, ponieważ według niektórych źródeł zdążył on odwiedzić ją w zamieszkiwanym przez nią domu, a według innych mediów skontaktował się on ze swoją matką telefonicznie. Pewne jest jednak, że przyznał się jej iż zabił innych ludzi i samemu planuje odebrać sobie życie.

 

Ciało sprawcy wczorajszego ataku zostało odnalezione w samochodzie, którym uciekał. Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią popełnił on samobójstwo. Po porannych tragicznych wydarzeniach w szpitalu, Ostrawa pogrążyła się w żałobie. Odwołano planowane imprezy i niektóre wydarzenia, w tym  także atrakcje związane z jarmarkiem bożonarodzeniowym. Pod szpitalem ludzie przynieśli znicze, aby uczcić pamięć ofiar ataku.

 

Citrad Vitásek miał przez ostatnie tygodnie nie pojawiać się w pracy, skarżąc się na stan swojego zdrowia. Choć dokładne okoliczności ataku w Ostrawie i motywy działania 42-latka są ustalane, to najprawdopodobniej uważał on, że cierpi na poważną chorobę i odmawia mu się pomocy w walce z nią. Według innej pojawiającej się teorii mowa jest o tym, że mógł on być ojcem dziecka, które wcześniej zmarło w tym właśnie szpitalu. Pierwsza z wersji wymieniana jest jednak częściej jako ta najbardziej prawdopodobna.

 

 

 

Źródło: rmf24.pl ; cz.shotoe.com ; polsatnews.pl

Fot.: Twitter ; Facebook