Jak wiemy, piłka nożna jest najpopularniejszym sportem na całym świecie. Naturalne jest więc, że piłkarze, jako idole wielkich rzeszy kibiców, mogą mocno wpływać na ich poglądy, zachowanie i działania. Czasem wystarczy drobny wpis na facebooku, twitter’ze, czy instagramie. Czasem jednak robią coś więcej. 

 

 

Tak było właśnie tym razem w Chile, gdzie jeden z najpopularniejszych klubów piłkarskich – Colo-Colo, wykorzystał jeden z ostatnich odbywających się zgodnie z planem meczów ligowych, na stworzenie pięknej inicjatywy.

 

 

Piłkarze owego klubu wyszli na murawę z pieskami przeznaczonymi do adopcji ze schroniska na przedmieściach Santiago. Cały świat przyjął tę inicjatywę bardzo pozytywnie, wszyscy bowiem wiemy że wiele psiaków szuka cały czas swojego domu, a każda taka akcja może okazać się sukcesem, nawet jeśli jeden z tych zwierzaków miał zacząć nowe życie.

 

 

Zapraszamy do obejrzenia wideo:

 

 

Co Wy myślicie o takiej akcji? Czy są one potrzebne, czy być może uważacie, że świat jest przewrażliwiony na punkcie zwierząt?

 

 

Źródło:

youtube/@Anything Goes With James English

Europarlamentarzystka znów zaszalała. Udzieliła wywiadu. Tam wyznała kolejne niestworzone rzeczy. Popieracie Sylwię Spurek?

Sylwia Spurek udzieliła wywiadu „Trybunie.” Tam stwierdziła, że prawdziwym wymiarem politycznej progresywności jest stosunek do zwierząt i ich praw.

 

Dodatkowo stwierdziła, że aby zmniejszyć wykorzystywanie zwierząt dlatego należy opodatkować mięso.

 

 Dlatego między innymi w tym tygodniu rozpoczęłam w Parlamencie Europejskim o podatku od mięsa. Bo to, co ma pozytywny wpływ na środowisko, zdrowie ludzi, prawa zwierząt powinno być przez nowoczesne państwa promowane i wspierane. (…) 

-powiedziała.

 

Co sądzicie na temat jej pomysłu?

 

Źródło: nczas.com

Opisywana przez media sytuacja wydarzyła się na terenie naszego kraju, a relacje z nią związane brzmią wyjątkowo odrażająco i dramatycznie, więc zapoznanie się z tą sprawą można uznać za przeznaczone dla czytelników o mocnych nerwach. Makabrycznego odkrycia dokonano na terenie jednej z dolnośląskich miejscowości, a po przeprowadzeniu sekcji zwłok potwierdziło się, że nieżyjący mężczyzna był jedzony przez zwierzęta, które za życia samemu hodował.

 

Posesja, na której odnaleziono ludzkie szczątki znajduje się w miejscowości Osiek na Dolnym Śląsku. W dniu 8 stycznia br. odkryto tam fragmenty szkieletu należącego do tamtejszego hodowcy zwierząt, który według medialnych doniesień dożyć miał 71 lat życia. W sprawie jego śmierci prowadzone jest obecnie śledztwo. Sprawę opisano na łamach portalu Onet.pl.

 

Po wstępnych ustaleniach i wnioskach opartych na przeprowadzonej sekcji zwłok, mężczyzna miał zostać zjedzony przez hodowane za życia świnie skrzyżowane z dzikiem. Szczegóły dotyczące tej makabrycznej sytuacji wyjaśnia Prokuratura Rejonowa w Lubinie.

 

– 71-latek wynajmował mieszkanie na jednej z posesji w Osieku. Hodował tam świnie, jak się później okazało, były to krzyżówki świni hodowlanej i dzika. Hodowla składała się z dwóch dużych osobników oraz kilkunastu prosiąt.

– powiedziała cytowana przez Onet.pl prokurator Lidia Tkaczyszyn, pełniąca obowiązki rzecznika Prokuratury Okręgowej w Legnicy.

 

Chociaż wyniki sekcji zwłok wykazały, że człowiek ten został zjedzony przez zwierzęta, to jednak nie udało się ustalić dokładnej przyczyny śmierci 71-latka. Nie jest więc też oficjalnie na ten moment wiadome, czy mężczyzna zmarł w wyniku jakiejś choroby lub schorzenia czy też zasłabł, a znajdujące się w pobliżu zwierzęta doprowadziły do jego śmierci przez zagryzienie.

 

Jak podaje portal Onet.pl, na miejsce makabrycznego odkrycia wezwany został również powiatowy lekarz weterynarii w celu podjęcia decyzji dotyczącej dalszego losu hodowanych na tej posesji w Osieku zwierząt.

 

Mężczyzna, którego szczątki tam odnaleziono, ostatni raz widziany miał być w dniu Sylwestra- 31 grudnia. Ponad tydzień później jego kości odnalazł właściciel posesji, od którego zmarły wynajmował mieszkanie, przy okazji zajmowania się hodowlom zwierząt na tym terenie.

 

 

 

 

Źródło: Onet.pl

Fot.: Pixabay

 

Jej zachowanie może szokować. Ta kobieta twierdzi, że jest…zwierzakiem. Zobacz dlaczego.

31-letnia Kat Lyons szokuje wszystkich dookoła. Twierdzi bowiem, że jest czworonożnym futrzakiem. Udzieliła już wywiadów dla wielu mediów.

 

Zawsze byłam inna. Zawsze fascynowały mnie koty i sama czułam, że jestem kotem. Żyję jako kot – tym właśnie jestem. Zawsze nosiłam kocie uszy. To zaczęło się w liceum, nie pamiętam dokładnie, w jakim wieku, ale wzięło się to z anime. Pomyślałam, że to fajne i że chcę tak wyglądać w prawdziwym życiu.

-powiedziała.

 

Po jakimś czasie odkryła, że są społeczności animal roleplay poczuła, że nie jest sama. Teraz zajmuje się modelingiem. Ma także partnera.

 

Źródło: popularne.pl

Foto: zrzut ekranu

„Mityczna Mia” to pseudonim pewnej aktywistki pochodzącej z Wielkiej Brytanii, która chciała przyczynić się do uratowania zwierząt. Niestety jednak realizacja jej pomysłu okazała się przynieść efekt w dużej mierze odwrotny do zamierzonego.

 

Będąca weganką kobieta doprowadziła do uwolnienia kilkunastu królików z pewnej hiszpańskiej fermy zlokalizowanej na terenie gminy Gurb. Obserwowana na portalu Instagram przez ponad 41 000 internautów Brytyjka poinformowała w jednym z wpisów o przeprowadzonej akcji. Według jej wersji, w towarzystwie innych aktywistów udało jej się uratować 16 królików. Rozzłoszczeni pracownicy fermy mieli zaatakować aktywistów, którzy mieli otrzymywać ciosy zadawane przy użyciu metalowych prętów.

 

Podczas incydentu do jakiego doszło na terenie fermy w Gurb interweniowała policja. Funkcjonariusze przerwali trwającą tam bójkę i nakazali aktywistom opuścić teren fermy. Policjanci mieli odmówić im również obstawy. Choć jak napisała „Mityczna Mia”, jeden z pracujących na fermie mężczyzn miał do niej strzelać, czego dowodem ma być sfotografowana zakrwawiona twarz.

 

Wersja lokalnej policji różni się nieco od tej przedstawionej przez Brytyjkę. Według rzecznika policji w Katalonii w ramach swojej akcji aktywiści uwolnili 14 królików, jednak miało to dosyć przykre konsekwencje dla zwierząt przebywających na fermie. Zachowanie weganki znanej jako „Mityczna Mia” i jej znajomych rozdrażniło króliki, przez co miały one rzucać się po klatkach. W tej sytuacji niestety pięć samic w zaawansowanej ciąży uszkodziło sobie kręgosłupy i niestety konieczne było ich uśmiercenie. Część zwierząt miała też poronić.

 

Dodatkowo okazało się, że wśród królików zabranych przez aktywistów były karmiące samice. Przez to, że ich zabrakło na fermie, uśpionych zostało około 90 młodych królików, które nie mogły przetrwać bez obecności swoich matek.

 

 

 

Źródło: tvp.info

Fot.: Flickr

Właściciel popularnej marki „Żubr”, Kompania Piwowarska, zdecydowała się na zmianę zwierzęcia na etykiecie swojego piwa. Kultowego króla puszczy zastąpi wilk, ryś i sóweczka. To największa kampania charytatywna w historii marki.

 

Wizerunek żubra zniknie z najlepiej sprzedającego się piwa w Polsce, którego od lat jest imiennym symbolem. Białostocki browar ustępuje tym samym miejsca wilkowi, rysiowi i sóweczce – zagrożonym gatunkom zwierząt leśnych.

 

To charytatywna kampania reklamowa. Kompania Piwowarska przeprowadzi ją wspólnie z WWF – jedną z największych organizacji ekologicznych świata. Marka przekaże jej milion złotych a następnie wyprodukuje nowe etykiety z zagrożonymi – jak niegdyś żubr – gatunkami dzikich zwierząt.

 

Żubr jest także od niedawna sponsorem Puszczy Białowieskiej, ostoi tego zwierzęcia. W ramach współpracy marka promuje region podlaski zarówno pod kątem przyrodniczym jak i turystycznym. Najlepszym przykładem tych działań są lubiane przez odbiorców reklamy Żubra, nawiązujące do picia piwa i puszczy. Spoty marki cieszą się szczególnie dobrym odbiorem.

 

Jak twierdzą dyrektorzy białostockiego browaru, przyszedł czas by król puszczy zadbał o swych „poddanych”. Milion złotych i wizerunek zwierząt na butelkach to zdecydowanie największa kampania „pro publico bono” przedsiębiorstwa. W ten sposób chce zwrócić uwagę na problem wymierających gatunków zwierząt.

 

Kupując Żubra można zatem będzie przyczynić się do poprawy fauny. Firma nie określa jak długo zamierza utrzymywać na sklepowych półkach piwa z wizerunkami nowych zwierząt.

 

 

fot: Kompania Piwowarska

Po raz kolejny ekolodzy szkodzą polskim hodowcom. Tym razem zablokowali budowę nowoczesnej hodowli prosiąt, czyli inwestycję, której koszt miał wynosić kilkadziesiąt milionów złotych.

 

Pod Kętrzynem firma Wipasz chciała stworzyć nowoczesna hodowlę prosiąt „Instytut szczęśliwego Prosiaka”. Zwierzęta miały żyć w warunkach, w których mogłyby się prawidłowo rozwijać. W planach inwestycji była przede wszystkim duża przestrzeń, dzięki czemu transport prosiąt byłby niepotrzebny. Jednak co najważniejsze, zwierzęta dzięki odpowiedniemu przystosowaniu hodowli miały mniej chorować i otrzymywać mniej antybiotyków.

 

Do tej pory zwierzęta są do Polski przywożone z Danii. Transport jest bardzo trudny i uciążliwy dla zwierząt, które przez prawie 24-godzinną jazdę często chorują.  Konieczne jest faszerowanie ich antybiotykami, co z kolei obniża jakość żywności.

 

Koszt budowy szacowano na około 24 miliony złotych, z czego 8 milionów miało pochodzić z dotacji unijnych, a sama hodowla miała być oparta o najwyższe standardy. Dzięki temu polska gospodarka miałaby duże zyski, a konsumenci mogli być zadowoleni z wysokiej jakości polskiej żywności.

 

Niestety budowę zablokowała fundacja „Otwarte Klatki”. „Ekoterroryzm i blokowanie inwestycji, o którym mówi branża, ma namacalne skutki” – powiedział twórca Wipaszu Józef Wiśniewski.

 

Źrodło: WSensie.pl, Puls Biznesu